Po chwili otworzył jednak oczy. Rozejrzał się po swojej kryjówce.

Na razie nie dostrzegł nic godnego uwagi. Ciemno, pusto, nie ma nawet gałgana, który by można z nudów poszarpać trochę!

Przyczołgał się do końca kufra. I nagle przypadł do ziemi. Tym razem ze zdziwienia i strachu.

Tuż przed nim leżało jakieś przedziwne zwierzę! Całe pokryte było wełną połyskliwie stalowego koloru!

Zwierz ów zachowywał się na pozór zupełnie spokojnie. Nie poruszał się. Nie machał ogonem. A może nawet nie miał ogona?

Finek przyczołgał się blisko do zwierza. Pociągnął noskiem. Potwora czuć było podłogą! Najwidoczniej był to stwór stale przebywający na podłodze. Pies zaciągnął się zapachem jeszcze raz! Na pewno podłoga!

„Bierzmy się do niego!” — pomyślał i już był gotów do walki.

Ale Finek nie miał zwyczaju znienacka napadać na nieprzygotowanego wroga. Ani też podchodzić kogokolwiek zdradziecko. Odstąpił więc kilka kroków. I szczeknął. Nic. Szczeknął drugi raz. Zwierz się nawet nie poruszył.

Ha, jeżeli tak, to co innego!

Finek uczynił wszystko, co szlachetny napastnik winien wrogowi, prawda? Nie czekał więc dłużej, tylko od razu rzucił się naprzód. Chwycił smoka za kudły! Wpił się w ostrą sierść! Targnął!