I jak tylko wylizał łyżkę do czysta, wskoczył cioci Musi na kolana. Zanim się spostrzegła, liznął ją po twarzy.
Odtąd szczerze polubił miłą panią i bardzo był zmartwiony, kiedy ciocia Musia wyjechała.
Szukał jej po całym mieszkaniu. Zaglądał do wszystkich pokojów. Wsuwał się pod sprzęty, za szafy, pod łóżka. Przeglądał palta w przedpokoju. I nigdzie jej znaleźć nie mógł. Doszedł więc do przeświadczenia, że to nikt inny, tylko Katarzyna, ta wszechmocna osoba, musiała gdzieś schować dobrą panią.
Przy pierwszej też nadarzonej okoliczności wpadł do kuchni. I zaczął bobrować wszędzie. Po długich poszukiwaniach trafił wreszcie na ślad. Już wiedział wszystko!
Pani, dobra pani, była ukryta w łóżku Katarzyny!
Wąchał kapę, poduszkę. Nie, nie tu. Wszedł pod łóżko, obwąchał siennik. Zgubił ślad. Wrócił znów do kapy i do poduszki. Badał, wąchał! Zaciągał się szybko, łakomie zapachem dobrej pani, która na pewno była w łóżku!
Wsunął wreszcie głowę pod poduszkę.
„Już mam! Jest dobra pani! Znalazłem dobrą panią!” — pomyślał rozradowany.
Zapuścił zęby w coś, co najsilniej pachniało ciocią Musią.
I wyciągnął spod poduszki jedwabną chusteczkę Katarzyny!