Schwycił w zęby odświętny kapelusz Katarzyny. Warknął. Odskoczył w prawo. Szczeknął. Odskoczył w lewo. I jak śmignie do pokoju!

Kapeluszem wykonał dokoła jadalnego stołu najpiękniejszą ósemkę! Wskoczył pod kanapę! Zawadził przy tym kapeluszem o nogę od stołu! Więc szarpał, warczał, obskakiwał nogę ze wszystkich stron!

— Pójdziesz! Pójdziesz! Puść! Puść! Oddaj! — wołała Katarzyna i biegła co sił za Finkiem.

Dopadła go aż w przedpokoju. Tam wydarła mu kapelusz! Odświętny kapelusz! Z piórem!

No i znów boki Finka zawarły bliską, a przykrą znajomość z płaskimi dłońmi zirytowanej do żywego Katarzyny!

„Zrozum tu ludzi! Zachęcają do zabawy! Rozkładają zabawki. Proszą, żeby się bawić! I co? Eh, psie życie! Prawdziwie psie!” — rozmyślał Finek.

I wsunął się pod łóżko Dzidzi! Byle jak najgłębiej! Chciał się znaleźć jak najdalej od ludzi!

XX

Katarzyna poszła do cioci. Powróciła na krótko, by przygotować kolację. I znów wyszła na wieczór.

Po kolacji Finek wsunął się do kuchni. Bo drzwi nie były zamknięte.