Cóż to za skrzypienie? — spytacie. Był to kanarek! Taki sobie zwykły kanarek!

Katarzyna dostała go od ciotki. Tej, co właśnie przyjechała do Warszawy.

— Muszę cię mieć! Muszę cię poznać! Muszę się dowiedzieć, kim ty jesteś! — szczeknął Finek i podskoczył w górę.

No i kłapnął zębami o dobry łokieć13 od klatki z kanarkiem. Ciężko brzdęknął o ziemię.

Skoczył jeszcze raz. To samo!

Zebrał się w sobie. Natężył, jak mógł! Odbił od ziemi! Ale ani myśleć o doskoczeniu do klatki!

„Wejdźmy na pakę z węglami. Stamtąd na tę niską szafkę! O, wtedy dostaniemy się do skrzypiącego pudełka jak po maśle!” — pomyślał Finek.

Wdrapał się więc na szafę.

Stanął oko w oko z ćwierkającym pudełkiem. Wysunął jak najdalej nosek. I wąchał.

— Phi! — skrzywił się zawiedziony. Wielkiej zabawy po tym sobie nie obiecuję! Ale spróbować można! Trzeba tylko najpierw rozbić pudło! Później już będzie łatwo dostać się do tej skrzeczącej waty!