Schwycił skórki od kartofli. Nieco może mdłe, ale kruche i pachną zupełnie jak pieczeń. Rzucił się na burak z barszczu! Delicje! Sam się w ustach rozpływa!

— Rozkosz! Cudo! Świat nie widział czegoś podobnego! — napawał się Finek szczęściem bez granic.

I nie wyjmował pyszczka z kubła!

Z początku jadł statecznie, wolno. Później żarł coraz łapczywiej. Wreszcie ćpał, jakby chciał pożreć wszystko! Nie tylko to, co było w kuble, ale sam kubeł, kuchnię, cały dom! I od razu! Natychmiast! Bez zwłoki!

Nagle spośród różnych odpadków zaczęła się wynurzać okrągła pała kości.

— Kość! Prawdziwa kość! Marzenie mojego życia spełnione! — warknął Finek, chwycił zębami za koniec gnata i ciągnął go do siebie.

Tak się rozżarł przy tej ciężkiej pracy (kość mocno tkwiła w kuble), że ani spostrzegł, gdy otworzyły się drzwi.

Stanęła w nich Katarzyna!

Oniemiała! Rozkrzyżowała ręce! I stała przez chwilę nieruchoma!

Spojrzała na ścianę. Zobaczyła miotającego się w przekręconej klatce kanarka. Rozejrzała się po podłodze pełnej odpadków!