„Nie mogę znieść zapachu jakiegokolwiek jadła! To zapewne z irytacji! — pomyślał. — Wszystko przez tę Katarzynę!”

Cofnął się od kości o kilka kroków. Oparł się o ścianę.

I zaczął smętnie rozmyślać nad tym, czy to warto było wyjadać wszystko od jednego zamachu z tego kubła?

— Bhu! Jak mi niedobrze — stęknął. — Ajaj, jak mnie wszystko boli! Nic innego, tylko ta marchewka mi zaszkodziła. Już nigdy w życiu nie będę jadł marchwi! Bhu! A to mi dokucza!

I biedny Finek długo skarżył się i jęczał. Aż wreszcie w sposób nader gwałtowny, a bardzo dla siebie przykry, rozstał się z tym wszystkim, co był wyjadł z kubła!

I zasnął!

Ale nie na poduszce, którą odziedziczył po Pucku! Spał tym razem na twardym asfalcie podwórza! A zimno mu było! A nieprzytulnie.

— Nigdy nie spojrzę nawet na marchew — pojękiwał przez sen niespokojny i pełen najprzykrzejszych widziadeł.

Nazajutrz, z samego rana, był sądny dzień w domu państwa Rosochackich.

Finek zginął! Nie ma Finka! Dzidzia płacze, rozpacza!