— Żreć, żreć, żreć! — wołają za nim biała Maleńcia, łaciata Sylwka i prawie czarna Kicka, która ma dziób purpurowy jak z korala.

Wystarczy stanąć przy kratce, a wszystkie kaczki nieruchomieją na chwilę. Wyciągają głowy. I spoglądają zabawnie to jednym, to drugim czarnym paciorkiem oka. Upatrują, czy nie dostaną czegoś do zjedzenia.

Gdy Dzidzia wchodzi za kratkę, kaczki zbijają się w ciasną gromadę. Na przodzie staje Józio, pochyla łebek do ziemi i patrzy groźnie spod oka.

Wystarczy się obrócić, a już Józio jak kula toczy się ku dziewczynce i stara się uszczypnąć ją w gołą łydkę.

Te nie dość przyjazne stosunki trwają zresztą tylko przez kilka pierwszych dni! Później Józio i reszta jego rodziny wybiegają już na spotkanie Dzidzi. Bo nigdy nie przychodzi ona do kaczek z próżnymi rękoma!

Po lewej stronie podwórza, przy samej kuchni, stoi taki sam kurnik, tylko większy. Podzielony jest na dwie izby z piękną okratowaną werandą.

Ten pałac zamieszkują kury. Panuje tam niepodzielnie kogut Bielak. Ma on olbrzymi koralowy hełm na głowie i biały pióropusz na ogonie. Łysucha z gołym podgardlem, Białka, Siemieniatka, Czerwona, Krasa, Fila — stanowią jego dwór.

Czarnuszka jest jego ukochaną żoną. Wodzi17 mu ona w tej chwili piętnaścioro dzieci — złotopuchów.

Mieszka też tam inna kura, Łapcia. Nie miała się ona gdzie podziać ze swoim potomstwem, niby jej własnym, a tak obcym — z siedmioma kaczętami!

Biedna Łapcia! Co ona ma kłopotów! Nie może ani rusz trafić do ładu ze swoimi dziećmi! One chcą czego innego niż ona, a wcale nie robią tego, co ona uważa za konieczne! Nie chcą na przykład jeść smacznych robaczków, które trzeba wygrzebać z ziemi! I w ogóle ani myślą o uczeniu się trudnej sztuki grzebania! Za to jak oszalałe rzucają się w wielką kadź z wodą wkopaną w ziemię! Choć Łapcia krzykiem i kuksańcami odwodzi je od tych niebezpiecznych figlów!