Wpadł w trawę. Wytarzał się. Zobaczył wróbla. Podskoczył za nim. Gdy mu znikł nagle z oczu, usiadł i szczekał raz po raz:

— Wróć! Wróć! Chcę ci się przyjrzeć jak należy!

Nawoływał też i inne ptaki. Nadziwić się nie mógł, skąd się ich tyle bierze! Wytarzał się jeszcze raz na trawniku.

— Rozkosznie! Zawsze będę się tarzać po tym chłodnym, wilgotnym futrze! — zapowiedział sobie.

Wstał, otrząsnął się. Spojrzał na niego.

Zastanowiła go ciemna, brzęcząca kula. Zjawiała się ona na wielkim kwieciu piwonii, to znów znikała. Raz kula ta znalazła się tuż, tuż! Finek kłapnął na nią zębami. Złapał. Ale co rychlej18 wypluł. I parskał, biegał po trawniku, trąc nosek o trawę.

Bąk uciął Finka nie na żarty. Nos spuchł mu z jednej strony w olbrzymią górę! Dzidzia zaniepokoiła się tym bąblem. Wzięła psa na ręce i zaniosła do cioci, prosząc o ratunek.

Spuchnięty Finek wyglądał dość zabawnie. Ciocia Musia na widok skancerowanego19 psiego nosa parsknęła śmiechem.

— A to cię uciął! — śmiała się głaszcząc psa po głowie. — Po coś gonił osę czy bąka! Nic mu nie będzie! Za godzinę opuchlizna zejdzie! — pocieszała Dzidzię.

Dzidzia spojrzała na psa i również się zaśmiała. Bo Finek wesoło i łobuzersko patrzył na swoją panią. Widać było od razu, iż niewiele co robi sobie ze spuchlizny, z bąka, z całego świata!