A Finek wolniutko, ostrożnie, unosząc wysoko łapki w górę, zbliżał się już do kaczek.
Zatrzymał się przy siatce.
Józio spojrzał na psa jednym okiem, spojrzał drugim i kwaknął do kaczek:
— Nie bać się! Nie takim dawałem radę! Dalej do zielska! Ja mu zaraz nagadam co należy!
I wolno, ociężale, przewalając się na boki, przytelepał się do kraty.
— Idź precz!! Ty bezskrzydły powsinogo! Nie zbliżaj się, bo cię uszczypnę, zobaczysz! — kwaknął groźnie kaczor.
Finek wysunął przed siebie opuchnięty nosek. Podsunął się ostrożnie do kraty!
Józio cap go za nos!
Pies odskoczył kilka kroków! I, trzeba to wyznać ze wstydem, naszczekał na Józia tak brzydko, że aż stary Maciuś, który się znał dobrze z psami, otworzył jedno oko, zastrzygł uszami i mruknął:
— Ładnie wychowany ten warszawiak!