Odskoczył o kilka kroków. I jak wrzaśnie:

— Ty stary rękawie futrzany! Ty wycierusie! Myślisz, że się ciebie boję? Wcale się nie boję! Ani trochę! Może ci się zdaje, że mnie boli? Wcale mnie nie boli! Tylko ty jeszcze raz ze mną zacznij, to ja ci dam, dam, dam! Kominiarz!

Maciuś nie zwracał zupełnie uwagi na Finkowe szczekanie. Wysunął się nieco z cienia. I położył na słońcu.

Tylko oczu nie spuszczał z psiaka, który naszczekał się do woli, zamilkł i wolno, truchcikiem biegł do ogrodu.

Już stanął w furtce. Ale obrócił się jeszcze raz do Maciusia. Szczeknął:

— Cham! — i skrobnął kilka razy z pasją tylnymi nogami. — Zasypałem cię! Już cię nie ma! Ty wycieruchu drwalkowy!

I poszedł do ogrodu.

Tak cudownie polatywały tam ptaki! Brzęczały osy i bąki! Podrygiwały żaby nad sadzawką!

Był to rozkoszny świat pełen tajemnic! I co najważniejsze, nie było tam Maciusia, ordynarnego klapsiarza!

XXVII