Przez kilka dni padał deszcz.

Finek nie wychodził prawie z domu. Całe dnie spędzał na werandzie. Wylegiwał się tam na słomiance.

Był znudzony do ostateczności! Kłapał zębami na muchy i opędzał się pchłom, które go gryzły bez miłosierdzia!

— Najgorsze w psim życiu jest to nieznośne swędzenie! — skarżył się jękliwie sam przed sobą.

I postanowił zabrać się ostro do pcheł.

Usiadł. Zapuścił zęby w sierść na brzuchu. Przebierał każdy włosek z osobna.

Spłoszone pchły uciekały coraz wyżej. Aż zebrały się wszystkie pod brodą. Przypięły się one tak mocno do psiej skóry na szyi, że Finek podskoczył do góry. Siadł. Wyciągnął tylną nogę, jak mógł najdalej. I samym końcem pazurków zaczął się czochrać pod brodą. A bił przy tym kolanem o ziemię tak, aż dudniło.

Już mu się zdawało, że się uporał nareszcie z nagłym pchlim atakiem. Odetchnął więc i odsapnął głęboko. Aż tu nagle uczuł straszne świerzbienie na samym krzyżu. Okręcił się, wyszczerzył zęby, wygiął, zachwiał i runął na ziemię.

Wstał. Zatoczył kółko w miejscu. I od nowa rozpoczął karkołomne sztuki. Chciał za jakąkolwiek cenę chwycić zębami sierść na krzyżu.

Jęczał, jazgotał, skowyczał z natężenia i złości! Kręcił się w kółko! Podskakiwał!