Spostrzeżono porzuconą walizkę, otwarte okno, rozsypane na podłodze srebro z kredensu.
Ale Finka nigdzie nie było!
— Co to za dzielne, kochane psię, ten Finek! Gdyby nie on, złodziej zabrałby nam najcenniejsze rzeczy. Ale gdzie on jest? Finek! Finek! Finek! — wołała ciocia, za nią Dzidzia i jej mama.
Szukano psa wszędzie. Po całym ogrodzie.
I znaleziono go w krzaku jaśminu, niedaleko parkanu.
Był zemdlony.
Ciocia Musia wzięła Finka na ręce. Zaniosła go do domu. Zlano psu głowę wodą. Ocknął się.
Westchnął. Ziewnął przeciągle. Wstał. Spojrzał na wszystkich i merdnął wesoło ogonem.
— Kopnął mnie ten obcy człowiek. Nic dziwnego, że zemdlałem! Ale dałem mu bobu! Będzie pamiętał na drugi raz, że się w nocy nie przychodzi przez okno do cudzego mieszkania. Prawda? — oświadczył bardzo zadowolony z siebie.
I po raz pierwszy w życiu Finka tak się zdarzyło, że nie tylko on sam z siebie, ale wszyscy byli z niego zadowoleni!