— Bryczka przed domem!
— Znam ja twoją bryczkę! — charczał Pucunio, nie zwalniając biegu.
— I pan, i Krysia siedzą już!
— Ja ci posiedzę! Stój!
Bursztyn byłby może i stanął, ale już było za późno. Z rozpędu podciął nogi jakiejś pani, że omal nie upadła, wpadł na jakiegoś jegomościa, który zajadał wiśnie. Upadła torba, wiśnie się rozsypały, jegomość porwał za laskę. Ale Bursztyn już zrzucił ze stołka straganiarkę, wpadł pod koła wozu, ledwie go nie przejechali, wreszcie dopadł przeciwległego chodnika i stamtąd krzyknął:
— Puc, spiesz się, bo zaraz ruszą!
Pucek zmiarkował, że to prawda, co mu Bursztyn powiedział.
Skoczył za nim.
Po drodze oberwał parasolką od damy, laską od jegomościa z wiśniami, zgniłym pomidorem od przekupki.
Zamroczyło go trochę, więc usiadł na chodniku i obejrzał się. Bursztyna już nie było.