— Nie mylisz się, Kacperku — odpowiedziała zgodna zawsze Melańcia. — To jest nasze jedzenie.
— Kto rano wstaje, temu głód dokucza — rzekł Kacperek, który się lubował w kaczych przysłowiach. — Mam wrażenie, że jeśli pies będzie jadł tak żarłocznie, wkrótce nie zostanie dla nas ani na posmakowanie.
Melańcia nie odpowiedziała nic. Z rozwartym szeroko dziobem wpatrywała się w koryto.
— Melańciu, już ci wspominałem o tym, że nie wypada rozdzierać dzioba tak szeroko. Właśnie chciałem ci powiedzieć, co zamierzam uczynić — zaczął Kacperek i urwał.
Bo Melańcia nie czekając na to, co jej powie mąż, sama znalazła sposób, i bodaj najlepszy.
Nie pytając o nic, zaczęła wyjadać z koryta, sięgając dziobem jak najdalej od psa. Połykała jadło z takim pośpiechem, że ledwie zdążyła poruszać dziobem, a gardło wydymało się jej jak bania. Spostrzegł to Kacperek, zadreptał w miejscu i zabrał się do koryta z drugiej strony.
Bursztyńsio dostrzegł te kacze manewry.
— Precz, kwakajły! — warknął i skoczył do Kacperka.
— Rata, rata, rata! — wrzasnął niekaczym głosem Kacperek.
I uciekał, co miał sił w krótkich nogach.