Na tym trójnożnym stoliku stała palma, ukochanie i duma Katarzyny.
Stolik spod palmy nie miał nic lepszego do roboty, jak się zachwiać w jedną stronę, zachwiać w drugą. Palma się zachybotała. I brzdęk na ziemię!
Tuż pod nogi pannie Agacie.
Panna Agata rymnęła jak długa wprost na samą palmę.
— O Jezu Nazareński! — jęknęła Katarzyna na ten widok, bo właśnie weszła do pokoju.
— Najwyższy czas wycofać się z towarzystwa — powiedział sobie Pucunio, którego upadek palmy przyprowadził do przytomności.
I chyłkiem, tuż przy ścianie, przemykał się ku drzwiom.
Już miał przeszmyrgnąć obok Katarzyny, gdy wtem poczuł na karku jej kościste palce.
— Zginąłem! — wrzasnął i na wszelki wypadek zaczął skowyczeć rozpaczliwie.
Katarzyna niosła Pucunia, trzymając nieboraka za skórę na karku.