Po drodze przypomniała mu i to, że zrzucił palmę, i to, że nie szanował gościa.
Dała mu ostatniego klapsa, krzyknęła na drogę:
— Żebyś mi się tu na oczy nie pokazywał!
I wyrzuciła go na podwórko.
Pucunio, utykając na lewą tylną nogę, wlókł się do budy. Zastał już w niej Bursztyńsia.
— Usuń się — powiedział głosem obolałym. — Mógłbyś uszanować nieszczęście! — wymówił mu gorzko.
Wyciągnął się na słomie i rozmyślał.
— Wiesz, Bursztyn — odezwał się po chwili spokojniejszym już głosem. — Różne rzeczy widziałem, ale takiej wesołej zabawy, jak z tą panią, co przyjechała do nas, tom jeszcze nie oglądał29.
— Nie bardzo ci jakoś na zdrowie poszła ta zabawa! — zadrwił Bursztyńsio.
— Bo to można żyć spokojnie w domu, w którym taka Katarzyna może robić, co jej się żywnie podoba? — westchnął. — Aj, co mnie tu uwiera w bok? Coś ty przyniósł, Bursztyn?