Obydwa psy patrzyły na niego zdumione.

— No, no, no! — dziwił się Puc.

— Poczekaj! Już tam Katarzyny nie ugryziesz — zapewniał Bursztyn Mikada.

— Pi, pi, pi! Rozumie się — przytwierdził z uznaniem Puc i zaproponował zabawę w ósemkę jako najłatwiejszą.

Puściły się. Przodem biegł Puc, za nim zaraz Mikado. Zataczały ósemki wkoło dwóch słupków, między którymi Katarzyna rozciągała sznur do trzepania dywanów.

Japończyk biegł z całych sił, żeby nie wypaść z kolejki.

Przebierał krótkimi nóżkami, jak tylko mógł. Sapał ciężko, bo nogi miał jak z masła. Niewybiegany był wcale. Nic dziwnego. Całe życie niemal spędził siedząc na poduszce.

Nie chciał jednak pokazać, że jest niedołęgą. Zapatrzył się w koniec Pucowego ogonka i sadził naprzód co sił.

— Uwaga! — krzyknął Puc.

Ale już było za późno.