Kacperek przyglądał się tym psim zabawom zza kraty.
Bardzo był strapiony i niespokojny.
— Melańciu — kwaknął do żony — mam wrażenie, że są trzy psy na podwórzu i że tego kosmatego dotąd jeszcze u nas nie widziałem.
— Masz rację. Tego kosmatego jeszcze u nas na podwórzu nie widziałeś.
— Gdzie psów jest wiele, kaczkom się bieda ściele — kwaknął Kacperek, który lubił przytaczać kacze przysłowia.
— Gdzie psom się ściele, kaczek jest wiele — powtórzyła Melańcia niezupełnie dokładnie.
Kacperek już otworzył dziób, by jej zrobić uwagę, że nie uważa na to, co mówi, gdy wtem wszystkie trzy psy, wypadłszy widać z kolejki, uderzyły z rozmachem w kratę, i to właśnie w tym miejscu, gdzie stał Kacperek.
— Ratuj się, kto może! — krzyknął kaczor i nie oglądając się na nic, skoczył do przełazu.
Wypadł w ogród. Za nim Melańcia. Nie oparli się oboje aż daleko, koło altanki.
Lecz nie tylko kaczki patrzyły z zaciekawieniem na psie gonitwy. Przyglądała się im z daleka od drwalki Imka. I bardzo się to jej nie podobało, że psy robią tyle hałasu, tym bardziej że Mikado rozbawiony szczekał zawzięcie.