— Mikado, Mikado, nie podchodź blisko do brzegu! — wołał wystraszony Bursztyńsio widząc, że Japończyk skacze po kamieniach coraz niżej do potoku.
— Nie bój się nic! Skacz śmiało! — parsknął Puc pomiędzy jednym łykiem wody a drugim.
Mikado usłuchał. I skoczył. W środek nurtu. Strumień nie był głęboki. Płynął.
Ale czy to, że nigdy nie pływał w bieżącej wodzie, czy, że był lekki, czy może jakoś nie panował nad prądem, dość że zamiast płynąć wprost na drugi brzeg, zaczął wirować, kręcić się w kółko między kamieniami.
Bursztyn zobaczył pierwszy, że się dzieje coś złego.
— Mikado, wychodź z wody! — krzyczał. — Po cóż wlazłeś do strumienia? Wychodź!
Lecz łatwiej było radzić niż wykonać radę!
Mikado już nie mógł dopłynąć do brzegu. Prąd go znosił coraz dalej i dalej.
— Puc, ratuj Mikaduchnę! — wrzasnął Bursztyn wystraszony. — Łap go, bo popłynie nie wiadomo dokąd!
Puc obejrzał się. Widzi, łebek Mikaduchny ledwie wygląda z wody.