Mik spoglądał na nią pytająco. Poznawał z miny, że istotnie dość zabawy. Podbiegał wtedy do Katarzyny, wspinał się jej do kolan i majtał ogonkiem.
Ona głaskała go po głowie.
— Przymilne to i wdzięczne, a mądre jak człowiek. Tylko mu mowę dać, to ho, ho, ho! — mawiała Katarzyna o Mikadzie.
I zawsze po takim wyznaniu były dłuższe rozmowy w kuchni z Krysią.
Co to będzie, jeśli panna Agata zabierze Mikada do Warszawy?
Tymczasem... tymczasem przyszło to niespodziewanie, cios, rozpacz, katastrofa!
Tiuzdejek, ten wyfraczony elegancik, ta zgryźliwa pokraka, który się nie zadawał zupełnie z naszymi psami, który ani krok nie odstępował swojej pani... zginął!
Przepadł. Jak kamień w wodę.
Wyszedł rano na podwórze. Katarzyna go widziała, jak na swoich tykowatych nogach obchodził wszystkie zakamarki, jak to zwykł był robić co dnia. Lecz zamiast, jak to się działo co dzień, w te pędy wracać do pokoju, został.
Ale mija kwadrans, mija godzina... O Tiuzdejku ani słychu.