gdzie, kurzem obsypana, ślepa siadła Dola...

A wiatr rozwiewa jej włosy

i żwir jej w puste sypie oczodoły,

a słońce, rozpaliwszy bezdenne niebiosy,

pali jej żółte, pomarszczone skronie

i po policzkach leje strumień żaru,

w bezdźwięczną skórę piersi wysuszone zmienia

i wargi jej roztwiera, daremnie łaknące

ach! rzeźwiącego zbawienia...

A dzwon się rozlega,