Spokoju mając zgotowane łoże,

Srebrnym, przejrzystym naodzian obłokiem,

Słonecznym śmiejesz się okiem,

O płomienisty, a tak zimny boże!

Gdy oddech mięknie śród starganych łon,

Gdy krew się sączy

Z palców, silących się uderzać w lutnie,

By z tych przez ciebie naciągniętych strun

Wydobyć ton,

Co się nie urwie, nim się z tonem zleje,