Cukier jest nieodzowny. On naprawdę krzepi siły. Jemu zawdzięczamy spokój żołądka w czasie długich jazd. Powiem nadto więcej. W Afryce, w suchym gorącym klimacie gasił doskonale pragnienie. Tam, gdzie tak trudno w ogóle o wodę dobrą, w zupełności ją zastąpił.
Zgadzam się ze zdaniem, że sportowiec powinien jak najwięcej spożywać cukru. Z tego taniego pożywienia wynosi się korzyść żywotną: lekkość ruchów i niesłabnącą energię.
Nie piszę moich wrażeń dla propagandy, uważam jako czynny jeszcze weteran sportu zwrócić uwagę na ten czynnik pożywienia, dający ludziom pracy zysk. Praca idzie dobrze, podsycana cukrem.
Kiedy tak pokrótce omówiłem wrażenia z podróży, nawiązując i porównując do rodzinnych bolączek, tego, o czym się głośno mówi, że jest złe, wypada mi obiektywnie oddać pochwałę, temu, co w kraju jest nieszanowane, krytykowane.
Wezmę taki sobie nieodzowny dla wielu tytoń. Narzeka się u nas na monopol tytoniowy. Czy słusznie? — Nie!
Przejechałem przez Niemcy, Czechosłowację, Austrię, Szwajcarię, Włochy, kolonie francuskie północnej Afryki, Hiszpanię i Francję. W podróży, w czasie przerw jazdy czy przed pójściem na spoczynek, paliłem. Taki jest mój zwyczaj, albo jak chcecie, nałóg. Nie spotkałem się jednak z dobrym, dostępnym mi ceną papierosem. Paliłem jednak po to, aby ocenić nasze. Ujdą jeszcze niektóre w środkowej Europie, ale tam na południe bardziej, to już pożal się Boże. W Tunisie, Algierze, Oranie, kląłem brzydko, prosząc Allaha o ciężką chorobę na fabrykantów papierosów. Życzyłem im co najmniej dżumy, bo jest najtrudniejsza do wyleczenia. Po co psują tytoń i papier na ten cel.
Z prawdziwą przyjemnością rozkoszowałem się w Paryżu kupionymi tam naszymi egipskimi. Miałem święto przyjemności zapachu i smaku. Proszę sobie wyobrazić, po śniadaniu (dobrym) na tarasie kawiarni wypalam cztery pod rząd77. Tak mi było za nimi tęskno.
Nie wspominałem dotąd w trakcie zdawania sprawozdania z wrażeń mego rajdu o wynikach jego, ściślej wyraziwszy się: o zysku osobistym. Nie może być naturalnie mowy o zysku materialnym, gdyż nie dla niego podjęliśmy taką uciążliwą drogę. Tego, co uzyskałem, nie nazwę jedynie przyjemnością, gdyż i taka w różnych kolejach mego rajdu często mi się zdarzała. Zysk osiągnięty przez rajd jest godny zakreślonej drogi.
Przede wszystkim zacznę od zasadniczego środka podróży, który sobie obrałem, to jest motocykla. Jazda nim nie daje wygód takich jak samochód i w większym jeszcze stopniu kolej. Wprost przeciwnie. Zdobyć się trzeba na trudy, począwszy od pozycji, w jakiej człowiek odbywa jazdę, a skończywszy na bezpośrednim zetknięciu się z ujemnymi działaniami atmosfery w czasie podróży. Dalej, nawet samochód nie powoduje dla jadącego w nim, nawet na dość gładkiej drodze (nie zawsze się je spotyka), tylu mniejszych lub większych wstrząsów co motocykl, bardziej czuły wskutek swego urządzenia technicznego aniżeli automobil. Wszystko to musi ustąpić wobec zysku samej jazdy. Ona wyrabia nieuśpioną czujność na niebezpieczeństwo, wyiskrza czułość wzroku, upatrującego z daleka trasę jazdy. Styka jadącego wprost z atmosferą, dając szeroki oddech natury, a tym samym przysparza sił żywotnych. Otwiera przed oczyma widoki wspanialsze od oglądanych z okien wagonu kolejowego. Daje możność rzeczywistego oglądania kraju, przez który się przejeżdża. Np. Alpy są mniej wspaniałe i grozą, i potęgą masywów górskich, widziane z okien luksusowego pociągu. Przypatrzyć się im można dobrze z motocykla, pnąc się na nim w pędzie pod górę i z niej powoli się na nim ześlizgując.
Przebyłem w 53 dniach ponad 11 000 km na trasie przez: Niemcy, Czechosłowację, Austrię, Szwajcarię, Włochy, Sycylię, Afrykę Północną, Hiszpanię, Francję i Niemcy. Widziałem wiele krain i wiele ludów. Przejeżdżałem przez wioski i osady i widziałem ludzi, i przypatrywałem się ich mrówczej pracy na ziemi. Nie zsiadając z motocykla, wypatrywałem złe i dobre strony życia miejskiego i wiejskiego i ludzie, widząc wędrowca, zbliżali się sami do mnie, dziwiąc się, że jestem im obcy wyglądem i zdrożony. Słyszeli ode mnie odpowiedź, że jadę z dalekiej Polski, o której coś słyszeli, czytali, może opowiadano im o niej, jako o kraju, który niedawno powstał. We mnie zobaczyli jej syna jednego milionów, który czynem przejazdu przez część świata na motocyklu, nie bacząc na niewygody i długą podróż, z imieniem swojej Ojczyzny witał ich. Prędzej zatrze się pamięć napotkanego w pociągu obcokrajowca aniżeli pamięć o nim jako o śmiałym podróżniku. Podobał mi się świat i ludzie, naturalnie nie wszyscy. I widziane kraje i narody ułożyły w pamięci cudowną mozaikę z widoków natury, obrazów miast i wsi, i scen ludzkiego zaobserwowanego życia. W środku tej mozaiki otoczony wieńcem sławy tkwi mój harley, wytrzymały, z baśni odgrzebany „żelazny rumak” rycerzy-zdobywców przestrzeni świata. Wróciłem z podróży silniejszy na zdrowiu, niż wyjechałem. Nerwy przeszły przez czyściec niebezpieczeństw, które są za mną, a w porządku utrzymywały je powietrze, słońce, najlepsi ich lekarze.