Przeszedł przez ogniową próbę wytrzymałości i mam nadzieję, długo jeszcze będzie mi służył.
Żywiłem go w Polsce i we Włoszech mieszanką spirytusową. W tych krajach, gdzie mieszanki nie mogłem dostać, przejście na benzynę znosił bardzo dobrze, nie robiąc mi figlów. Pędząc mieszanką, lepiej na tym wychodziłem, gdyż technicznie rzecz biorąc, daje ona więcej mocy motorowi. Nie będę się bawił w chemiczny jej rozbiór, daje ona więcej plusów od benzyny, nie rozgrzewa przy tym tak motoru, jak się to przy pędzeniu go benzyną dzieje. Dziwi mnie jednak tylko, że stronią od niej jeszcze niektórzy motorzyści, ale mam pełne przekonanie, że czynią to bezwiednie, nie zdoławszy się przekonać o jej zaletach.
Wszędzie za granicą spotykałem najliczniej stacje z olejem marki Gargoyle, który cieszy się tam wyjątkowo doskonałą opinią i jest też w 90% przez automobilistów używany. Ponieważ używam tego oleju stale w kraju, nie omijałem go również i za granicą. Obiektywnie przyznam, że olej ten jest w praktyce najtańszym i najlepszym z istniejących smarów na skutek mniejszego zużywania się w czasie jazdy i świetnej pracy maszyny. Olej Gargoyle pomógł mi wydatnie w moim trudnym przedsięwzięciu.
Wspomnieć mi jeszcze wypada z wdzięcznością o oponach Goodrich, które bez szkody przebyły całą tą podróż; na nich to harley odbył swoją wędrówkę. Szczególnie na ostrych wirażach, które są próbą opon, poznałem ich prawdziwą wartość. Użycie ich oszczędziło mi wydatku zakupu opon w drodze. Na nich wyjechałem i na nich wróciłem do Warszawy.
Podnieść jeszcze muszę dobroć używanych przeze mnie świec marki Champion, chociaż w zapasie posiadałem dwie świece, nie zaszła jednak w czasie podróży potrzeba zmiany. Zajętemu ciągle kłopotami rajdu, nie przychodziło mi nawet na myśl skontrolowanie świec względem ich przeczyszczenia, tak doskonale spełniały swoją funkcję. Dopiero po powrocie przy gruntownym przeglądzie maszyny poddałem je jedynie lekkiemu przeczyszczeniu.
Ale jednak grunt to zdrowie! Zdrowie, zbiornik sił, które można wyładować w imponujący wyczyn. Pod tym zbiornikiem trzeba stale podsycać ogień, aby utrzymać regularną temperaturę. Dlatego dbałość o żołądek w czasie rajdu jest pierwszym nieodzownym warunkiem. Bez przestrzegania tego daleko się nie zajedzie. Maszynę oszukać można, dając jej gorsze paliwo, żołądek nigdy.
Myślicie, że w tej męczącej podróży zawsze się znajdzie godziwe jadło, takie jadło z przystawkami i z ceremoniałem towarzyszącym kulturalnym wymaganiom? Za duże to, moi drodzy czytelnicy, wymagania, a moim zdaniem, po doświadczeniu rajdu zbyteczne. Żołądka nie można przeładowywać, musi on otrzymywać pożywienie lekkostrawne, a dające dużo ciału pożytku. Na wykwintnych potrawach restauracyjnych zamęczylibyśmy swoje żołądki i kto wie czy niejedno z nas nie przywiozłoby zamiast wrażeń choroby niestrawności. Jest to całkiem zrozumiałe. Często wzdychałem do naszej zdrowej polskiej kuchni, nieobładowanej zbytnio sosami i przymieszkami aromatycznych korzeni. Gwałtowne zmiany kuchni, a więc na włoską, francuską i hiszpańską nie każdy żołądek wytrzyma. Uniknęliśmy tego, żywiąc się przeważnie prosto. Potrawy mączne, sery, owoce, nabiał i wino.
W czasie jazdy, w przerwach między jedzeniem, żołądek musi być czymś podsycony. Musi dostać strawę, nie dla zajęcia go, ale dla pracy dla niego i pożytku dla ciała. Tym cudownym jadłem jest cukier. Nie przeładowuje się nim żołądka, jest najtańszym artykułem bezsprzecznie dla tych celów, nie oszukuje żołądka, dając siły żywotne, i ogromnie syci.
Przyzwyczajeni do cukru, używaliśmy go również bardzo dużo w czasie przepraw przez morze. Nie trzeba się było głodzić, unikając potraw z obawy przed morską chorobą.
I nasza wierna psina za naszym przykładem używała go nader często. Częściej o niego dopominała się niż my. Pies, czując zmęczenie podróżą, znosząc ją gorzej od ludzi, dbał więcej o posiłek.