Ujrzawszy nasz statek pod pełnymi żaglami i wiedząc, że straciłem wszelką nadzieję dostania się do brzegu, jąłem rozmyślać nad okrucieństwem lub raczej nad szczególną surowością, z jaką matka wypędziła mnie od siebie i w żaden sposób nie mogłem odgadnąć przyczyn. Powiedziano mi, że jestem w twojej, pani, służbie, służyłem ci więc z całą gorliwością, na jaką mogłem się zdobyć. Posłuszeństwo moje było bez granic. Dlaczegóż zatem wypędzono mnie, jak gdybym popełnił największą winę? Im więcej się nad tym zastanawiałem, tym mniej mogłem zrozumieć.
Piątego dnia naszej podróży znaleźliśmy się pośród eskadry don Fernanda Arudez. Kazano nam przepływać z tyłu admiralskiego okrętu. Na wzniosłym balkonie, złoconym i przystrojonym mnogimi chorągwiami, spostrzegłem don Fernanda bogato ubranego i ozdobionego kilkoma orderami. Orszak oficerów otaczał go z poszanowaniem. Admirał przyłożył tubę do ust, zapytał, czy nie spotkaliśmy kogo w drodze i kazał płynąć dalej. Minąwszy go, kapitan naszego okrętu rzekł:
— Widzieliście admirała, dziś jest margrabią, a jednak zaczął od takiego chłopca okrętowego jak ten, który oto zamiata pokład.
Gdy Hermosito doszedł do tego miejsca, kilka razy rzucił niespokojny wzrok na Mencję. Domyśliłam się, że nie chciał tłumaczyć się w jej obecności, wyprawiłam ją zatem z pokoju. Radziłam się w tym jedynie mojej przyjaźni dla Giraldy i myśl, że mogę wpaść w podejrzenie nie przeszła mi nawet przez głowę. Gdy Mencja wyszła, Hermosito tak dalej mówił:
Zdaje mi się, że czerpiąc pierwszy pokarm życia z jednego z tobą, pani, źródła, jednakowo wykształciłem z tobą duszę, tak że nie mogłem myśleć, tylko o tobie, przez ciebie lub o tym, co ciebie dotyczyło. Kapitan powiedział mi, że don Fernand stał się margrabią z chłopca okrętowego, wiedziałem, że twój ojciec także był margrabią, zdało mi się więc, że nie było w świecie nic piękniejszego nad ten tytuł i zapytałem, jakim sposobem don Fernand go pozyskał. Kapitan wytłumaczył mi, że postępował od stopnia do stopnia i wszędzie odznaczał się świetnymi czynami. Odtąd postanowiłem wejść do służby morskiej i zacząłem wprawiać się w bieganiu po masztach. Kapitan, któremu mnie powierzono, o ile możności sprzeciwiał się temu, ale nie chciałem go słuchać i byłem już dość dobrym majtkiem, gdy przybyliśmy do Veracruz. Dom mego ojca leżał nad brzegiem morza. Przybiliśmy doń szalupę. Mój ojciec przyjął mnie otoczony czeredą młodych Mulatek, kazał mi je kolejno uściskać. Niebawem rozpoczęły tańce, wabiły mnie tysiącznymi sposoby i tak przepędziłem pierwszy wieczór w domu ojcowskim.
Nazajutrz corregidor z Veracruz oznajmił memu ojcu, że nie wypadało przyjmować syna do domu podobnie urządzonego i że powinien był umieścić mnie w kolegium teatynów. Mój ojciec, acz z żalem, musiał przecie być posłuszny.
W kolegium ojciec rektor dla zachęcenia do nauki często nam powtarzał, że margrabia Campo Salez, naówczas drugi sekretarz stanu, także był niegdyś biednym studentem, a zawdzięczał wyniesienie swoje pilności do nauk. Widząc, że i na tej drodze można było zostać margrabią, przez dwa lata pracowałem z niezwykłą gorliwością. Tymczasem przeniesiono korregidora z Veracruz, następca zaś jego był człowiekiem mniej surowych zasad. Mój ojciec odważył się na odebranie mnie do domu. Znowu zostałem wystawiony na płochość młodych Mulatek, które dręczyły mnie wszelkimi sposobami. Bynajmniej nie rozlubowałem się w tych szaleństwach, atoli nauczyłem się wielu nowych dla mnie rzeczy i teraz dopiero zrozumiałem, dlaczego mnie oddalono z Astorgas.
Wtedy to cały mój sposób myślenia uległ okropnej zmianie. Nieznane uczucia, rozwijając się w mej duszy, obudziły we mnie wspomnienia niewinnych zabaw moich lat dziecinnych. Myśl o utraconym szczęściu, o łąkach i ogrodach w Astorgas, które z tobą, pani, przebiegałem, pomieszane wspomnienia tysiącznych dowodów twojej dobroci, razem zwaliły się na mój umysł. Nie mogłem oprzeć się tylu nieprzyjaciołom, wpadłem w stan moralnego i fizycznego rozprężenia. Lekarze utrzymywali, że dostałem trawiącej gorączki; co do mnie, nie uważałem się za chorego, ale często do tego stopnia wpadałem w obłęd, że spostrzegałem przedmioty wcale przed mymi oczyma nieistniejące.
Ty to, pani, najczęściej w widzeniach przedstawiałaś się rozmarzonej mojej wyobraźni, nie taką, jaką dziś cię widzę, ale jaką cię opuściłem. W nocy nagle zrywałem się z pościeli i widziałem, jak biała i promienista ukazywałaś mi się w mglistej oddali. Gdy wyszedłem z miasta, wrzawa dalekich wiosek i szmer pól powtarzały mi twoje imię. Czasami zdawało mi się, że przesuwałaś się po płaszczyźnie przed moim wzrokiem, gdy zaś wznosiłem oczy ku niebu, błagając go o zakończenie moich męczarni, widziałem obraz twój pławiący się w obłokach.
Zauważyłem, żem zwykle najmniej cierpiał w kościele, zwłaszcza modlitwa dodawała mi ulgi. Skończyłem na tym, że całe dnie przepędzałem w świętych schronieniach. Pewien zakonnik osiwiały na modlitwach i pokucie zbliżył się raz do mnie i rzekł: