— Nie mogę zaprzeczyć — odrzekłem — że ja ten list pisałem, wszelako nigdy nie miałem zamiaru wręczenia go pani. Napisałem go jedynie dla własnej przyjemności i schowałem go do szuflady, z której wykradł go ten niegodziwiec Busqueros, który od czasu mego przybycia do Madrytu, jak zły duch ciągle mnie ściga.
Ineza zaczęła śmiać się i odczytała mój list z twarzą dość zadowoloną.
— Nazywasz się pan Lopez Soarez? Czy jesteś pan krewnym owego bogatego Soareza, negocjanta z Kadyksu?
Odpowiedziałem, że jestem jego synem. Ineza wszczęła rozmowę o rzeczach obojętnych i udała się ku swojej karecie. Zanim wsiadła do powozu, rzekła:
— Nie wypada, abym zatrzymywała przy sobie podobne niedorzeczności, oddaję je panu pod warunkiem jednak, abyś ich nie zgubił. Być może, że się jeszcze kiedy o nie zapytam. Oddając mi list, Ineza ścisnęła mnie lekko za rękę.
Dotychczas nigdy żadna kobieta nie ścisnęła mnie za rękę. Wprawdzie znałem podobne przykłady z romansów, ale czytając, nie mogłem sobie dostatecznie wyobrazić rozkoszy, jaka z takiego uściśnięcia wynikała. Znalazłem zachwycającym ten sposób wyrażania uczuć i wróciłem do domu jako najszczęśliwszy z ludzi.
Nazajutrz Busqueros znowu uczynił mi zaszczyt obiadowania ze mną.
— No cóż — rzekł — list doszedł swego przeznaczenia? Widzę po twarzy pańskiej, że sprawił pożądane wrażenie.
Musiałem wyznać, że byłem mu winien pewną wdzięczność.
Nad wieczorem poszedłem do Buen Retiro. Zaraz przy wejściu spostrzegłem Inezę, która poprzedzała mnie o pięćdziesiąt kroków. Była sama, służący tylko szedł za nią z daleka. Obróciła się, później szła dalej i upuściła wachlarz. Podjąłem go czym prędzej. Przyjęła go z wdzięcznym uśmiechem i rzekła: