Po upływie pewnego czasu spostrzegłem, że sąsiedzi powszechnie kryją się przede mną. Mocno mnie to ubodło i przeszkody, jakie mi stawiano, tym więcej rozjątrzyły moją ciekawość. Wynajdowałem tysiące sposobów, aby tylko móc zajrzeć do wnętrz ich mieszkań, cienkie zaś budowy, z jakich składała się nasza mieścina, sprzyjały moim zamiarom. Sufity były z desek źle spojonych, nocami więc dostawałem się na poddasza, wierciłem świdrem dziury i tak nieraz wysłuchałem niejedną ważną domową tajemnicę. Naówczas biegłem do mojej matki, opowiadałem jej wszystko, ona zaś powtarzała nowiny przed sąsiadami, ale zawsze przed każdym z osobna.
Domyślano się, że ja przynosiłem mojej matce te wiadomości, z każdym dniem coraz bardziej mnie nie cierpiano, wszystkie domy były dla mnie zamknięte, ale wszystkie szpary pootwierane; wtedy, skulony gdzieś na poddaszu, przebywałem śród moich współobywateli, obywając się bez ich zaproszenia, przyjmowali mnie mimowolnie i wbrew ich chęciom zamieszkiwałem ich domy na kształt szczura. Drugi wspólny przymiot miałem z tym zwierzęciem ten, że zakradałem się do spiżarń i wedle możności napoczynałem zapasy.
Gdy skończyłem osiemnaście lat, matka moja oświadczyła mi, że już czas, abym obrał sobie jakiś zawód. Dawno już uczyniłem wybór. Postanowiłem zostać prawnikiem, aby tym sposobem zyskać sposobność poznania tajników rodzin i mieszania się do ich spraw. Pochwalono mój zamiar i odesłano mnie na nauki do Salamanki.
Cóż to za różnica między wielkim miastem a mieściną, w której po raz pierwszy ujrzałem światło dzienne. Cóż to za szerokie pole dla mojej ciekawości, ale zarazem jaki ogrom przeszkód! Domy były kilkupiętrowe, szczelnie na noc pozamykane i jak gdyby mnie na złość, mieszkańcy drugich i trzecich pięter otwierali na noc okna dla świeżego powietrza. Poznałem na pierwszy rzut oka, że sam niczego nie dokonam i że trzeba mi dobrać sobie godnych towarzyszy do wspierania mnie w tak niebezpiecznych przedsięwzięciach.
Zacząłem uczęszczać na kursy prawne i przez ten czas badałem charaktery moich współuczniów, ażeby zbyt lekkomyślnie nie obdarzać ich zaufaniem. Nareszcie znalazłem czterech, o których sądziłem, że posiadali żądane przymioty, zebrałem ich więc i z początku chodziliśmy, tylko hałasując trochę po ulicach, nareszcie, gdy osądziłem, że byli dostatecznie przygotowani, rzekłem do nich:
— Drodzy przyjaciele, czy nie podziwiacie śmiałości, z jaką mieszkańcy tego miasta przez całe noce zostawiają otwarte okna. Cóż więc, czy dlatego że wznieśli się o dwadzieścia stóp nad nasze głowy, mają mieć prawo stroić sobie drwinki z uczniów uniwersytetu? Sen ich krzywdzi nas, a ich spokojność nam dolega. Postanowiłem naprzód zbadać, co się u nich dzieje, następnie pokazać im, do czego jesteśmy zdolni.
Słowa te przyjęto oklaskami, chociaż nie wiedziano jeszcze, jakie są moje zamiary. Wtedy wytłumaczyłem się jaśniej:
— Kochani przyjaciele — rzekłem — naprzód trzeba postarać się o drabinę przynajmniej na piętnaście stóp wysoką. Trzech z was, zawinąwszy się w płaszcze, będzie mogło nieść ją z łatwością, powinni tylko spokojnie postępować, jak gdyby szli jeden za drugim, wybierać stronę ulicy mniej oświeconą i trzymać drabinę od ściany. Gdy będziemy chcieli użyć drabiny, oprzemy ją o okno i podczas gdy jeden z nas wdrapie się na wysokość dogodną do obejrzenia mieszkania, drudzy rozstawią się w pewnej odległości, by czuwać nad bezpieczeństwem całego przedsięwzięcia. Powziąwszy raz wiadomości o tym, co się dzieje w górnych krainach, zastanowimy się nad dalszym postępowaniem.
Zgodzono się jednomyślnie na mój zamiar. Kazałem sporządzić lekką, ale mocną drabinę i gdy tylko była skończona, natychmiast wzięliśmy się do dzieła. Wybrałem dom przyzwoitej powierzchowności, którego okna nie były bardzo wysoko. Przystawiłem drabinę i wlazłem tak, aby tylko głowę moją można było spostrzec z wnętrza mieszkania.
Księżyc jasno oświecał cały pokój, pomimo to w pierwszej chwili nic nie mogłem rozpoznać, wkrótce jednak spostrzegłem w łóżku człowieka, który wpatrywał się we mnie błędnymi oczyma. Bojaźń, jak się zdawało, odjęła mu mowę, po chwili jednak odzyskał ją i rzekł: