Niebawem spostrzegliśmy karawanę, która zbliżała się ku wąwozowi i przeciągnęła o pięćdziesiąt stóp pod skałami, na których się znajdowaliśmy. Im bardziej podróżni ci ku nam się zbliżali, tym większą wzbudzali w nas ciekawość. Czterech Indian otwierało pochód. Za całe odzienie mieli długie koszule obszyte koronkami. Słomiane kapelusze z pękami piór okrywały ich głowy. Wszyscy uzbrojeni byli w długie strzelby. Dalej postępowało stado wigoni199; na każdym z nich siedziała małpa. Potem na dzielnych koniach ciągnął orszak Murzynów, dobrze uzbrojonych. Za nimi jechało dwóch mężczyzn w podeszłym wieku na przepysznych rumakach andaluzyjskich. Obaj starcy owinięci byli w płaszcze z błękitnego aksamitu, na których z daleka błyszczał krzyż Calatravy. Za nimi ośmiu wyspiarzy moluckich niosło chiński palankin, w którym siedziała młoda kobieta w bogatym hiszpańskim stroju. Młody człowiek na dziarskim rumaku wdzięcznie kroczył obok drzwiczek jej palankinu.
Dalej ujrzeliśmy młodą osobę leżącą, a nawet omdlałą, w lektyce; obok niej jechał na mule ksiądz, który skrapiał jej twarz święconą wodą i jak się zdawało, odprawiał egzorcyzmy. Pochód zamykał wreszcie długi szereg ludzi wszystkich odcieni, zacząwszy od czarno-hebanowego aż do oliwkowego, białego bowiem wcale nie było.
Dopóki karawana mijała nas, nie mieliśmy czasu zapytać, kim są ci ludzie, skoro jednak ostatni przeszedł, Rebeka rzekła:
— W istocie, warto by się dowiedzieć, co to za jedni.
Gdy Rebeka czyniła tę uwagę, spostrzegłem jednego człowieka z karawany, który pozostał był w tyle. Odważyłem się zejść ze skały i pobiegłem za maruderem. Ten padł przede mną na kolana i cały drżąc z przestrachu, rzekł:
— Señor złodzieju, zlituj się, nie zabijaj szlachcica, który chociaż urodził się pośród kopalń złota, grosza jednak nie ma przy duszy.
Odpowiedziałem mu na to, że wcale nie jestem złodziejem i że chcę tylko dowiedzieć się, kim są te znakomite osoby, które tylko co przeszły.
— Jeżeli tylko o to idzie — rzekł Amerykanin, powstając — chętnie zadowolę pańską ciekawość. Wdrapmy się na tę wysoką skałę; z niej będziemy mogli wygodnie widzieć całą drogę, jaką karawana ciągnie przez dolinę. Na przedzie widzisz señor tych ludzi dziwnie ubranych, którzy otwierają pochód. Są to górale z Cuzco i Quito, strażnicy tych pięknych wigoni, które pan mój ma zamiar ofiarować najjaśniejszemu królowi Hiszpanii i Indii.
Murzyni są, lub raczej byli, niewolnikami mego pana, ale że ziemia hiszpańska nie cierpi równie niewoli, jak kacerstwa , od chwili, gdy ci czarni stanęli na tej świętej ziemi, używają takiej samej wolności, jako pan i ja.
Ten pan w podeszłym wieku, którego señor widzisz na prawo, jest to hrabia Peña Velez, siostrzeniec sławnego wicekróla tegoż nazwiska i grand pierwszej klasy. Ten drugi, starszy od niego wiekiem, jest to margrabia Torres-Rovellas, syn margrabiego Torres i małżonek ostatniej dziedziczki rodziny Rovellas. Obaj ci panowie żyli zawsze w najściślejszej przyjaźni, którą utwierdzi jeszcze małżeństwo młodego Peña Velez z córką jedynaczką margrabiego Torres-Rovellas.