— Uwaga ta — rzekła matka — czyni zaszczyt twojemu sądowi o rzeczach, ale nie trzeba za daleko posuwać miłosierdzia, dalej Zorillo, złóż łagodnie tę piękną głowę na ławce i chodźmy do domu.
Zorilla ostrożnie podłożyła obie ręce pod moją głowę i cofnęła kolana. Pomyślałem naówczas, że nie należało już dłużej udawać śpiącego. Podniosłem się na ławce i otworzyłem oczy. Matka krzyknęła, córki zaś chciały uciekać. Zatrzymałem je.
— Celio, Zorillo — rzekłem — jesteście równie piękne jak niewinne; ty zaś, pani, która wydajesz się ich matką dlatego tylko, że wdzięki twoje są bardziej rozwinięte, pozwól, abym, zanim mnie opuścicie, poświęcił kilka chwil podziwieniu, w jakie wszystkie trzy mnie wprawiacie.
W istocie, mówiłem im szczerą prawdę. Celia i Zorilia byłyby doskonałymi pięknościami, gdyby wiek był dozwolił rozwinąć się ich wdziękom, matka zaś ich, zaledwie trzydziestoletnia kobieta, zdawała się najwięcej liczyć dwudziestą piątą wiosnę.
— Señor caballero — rzekła mi ta ostatnia — jeżeli tylko udawałeś śpiącego, mogłeś się przekonać o niewinności moich córek i powziąć korzystne mniemanie o ich matce. Nie lękam się zmiany twego zdania, gdy cię poproszę, abyś raczył nas odprowadzić do domu. Znajomość tak dziwnym sposobem zaczęta, zasługuje, aby się przemieniła w zażyłość.
Poszedłem z nimi i przybyliśmy do ich domu, którego okna wychodziły na Prado. Córki zajęły się przyrządzeniem czekolady, matka zaś, posadziwszy mnie obok siebie, rzekła:
— Jesteś w domu może nieco za zbytkownym na nasze teraźniejsze położenie, ale najęłam go jeszcze w pomyślniejszych czasach. Dzisiaj z chęcią odnajęłabym pierwsze piętro, ale nie śmiem tego uczynić; okoliczności, w jakich się znajduję, nie pozwalają, abym kogokolwiek widywała.
— Pani — odpowiedziałem — ja także mam powody, dla których pragnę żyć w odosobnieniu i gdybyś pani nic temu nie miała do zarzucenia, z największym szczęściem zająłbym cuarto principal, to jest pierwsze piętro.
To mówiąc, dobyłem kiesę, a widok złota usunął przeszkody, jakie by nieznajoma mogła była mi postawić. Zapłaciłem stół i mieszkanie za trzy miesiące z góry. Ułożyliśmy się, że będą mi przynosić obiad do mego pokoju i że zaufany służący będzie mi usługiwał i załatwiał moje posyłki w mieście.
Gdy Celia i Zorilla wróciły z czekoladą, zawiadomiono je o warunkach naszej ugody. Spojrzenia ich zdawały się obejmować w posiadanie moją osobę, czemu tylko pełen zapału wzrok matki stawał na przeszkodzie. Dostrzegłem tę walkę zalotności i skutek jej zostawiłem przeznaczeniu, sam zaś wyłącznie zająłem się wprowadzeniem do mego nowego mieszkania. Znalazłem w nim wszystko, czego potrzebowałem do wygodnego i przyjemnego życia. Raz Zorilla przynosiła mi atrament, to znowu Celia przychodziła ustawić na moim stole lampę i układać książki. O niczym nie zapomniano, każda z nich przychodziła osobno, a gdy czasami się spotkały, dopieroż to były śmiechy, żarty, wesołość bez miary. Matka także miała swoją kolej. Zajęła się zwłaszcza moim łóżkiem, kazała rozesłać na nim prześcieradła z holenderskiego płótna, piękną jedwabną kołdrę i stos poduszek.