Ubrałem się czym prędzej i chciałem wyjść na taras naszego domu. Przechodząc obok pokoju młodych dziewcząt, usłyszałem jak płakały i łkając ściskały się nawzajem. Zatrzymałem się na chwilę. Celia spostrzegła mnie i zawołała:
— Posłuchaj mnie, nasz kochany, drogi, najmilszy gościu! Znajdujesz nas w stanie najwyższego wzburzenia. Od czasu naszego urodzenia żadna chmurka nie zasępiła naszych wzajemnych stosunków. Przywiązanie więcej niżeli sama krew nas łączyło. Od chwili twego przybycia rzeczy całkiem się zmieniły. Zazdrość wkradła się do naszych dusz i może byłybyśmy się znienawidziły, łagodny jednak charakter Zorilli zapobiegł straszliwemu nieszczęściu. Padła w moje objęcia, pomieszały się nasze łzy i serca zbliżyły. Ty, kochany nasz gościu, musisz przypieczętować naszą zgodę. Przyrzeknij obie nas zarówno kochać i zarówno dzielić między nas twoje pieszczoty.
Cóż miałem odpowiedzieć na tak płomienne i nalegania? Po kolei uspokoiłem obie dziewczęta. Osuszyłem ich łzy i smutek ich ustąpił najtkliwszemu szaleństwu.
Wyszliśmy razem na taras, gdzie pani Santarez wkrótce się z nami złączyła. Radość z wydobycia się z długów opromieniła jej twarz. Zaprosiła mnie na obiad i dodała, że rada by cały dzień ze mną przepędzić. Zaufanie i zażyłość przewodniczyły naszej uczcie. Służących oddalono i dziewczęta kolejno nam usługiwały. Pani Santarez, wycieńczona doznanymi wzruszeniami, wypiła dwa kieliszki starego alikantu. Żywe jej oczy tym więcej po tym zabłysły; rozweselała i zdaje się, że tym razem obie córki razem poczuły żądło zazdrości; wszelako przez uszanowanie dla matki nie śmiały jej oddawać temu uczuciu. Pomimo jednak działania wina niepodobna było nic zarzucić obejściu pani Santarez. Z mojej strony myśl uwiedzenia jej wcale nie przeszła mi przez głowę. Płeć i wiek dostatecznie zastępowały nam zalotność. Wpływ natury rozlewał na nasze obejście niewypowiedziany urok, tak że z trudnością myśleliśmy o rozłączeniu. Zachodzące słońce byłoby nas rozdzieliło, ale zamówiłem chłodniki u sąsiedniego cukiernika. Wszyscy z przyjemnością powitaliśmy ich zjawienie się, tym sposobem bowiem mogliśmy pozostać razem.
Zaledwie zasiedliśmy do stołu, gdy drzwi otworzyły się i wszedł don Krzysztof Sporadoz. Wkroczenie szlachcica francuskiego do haremu sułtana nie byłoby sprawiło przykrzejszego wrażenia od tego, jakiego doznałem na widok don Krzysztofa. Pani Santarez i jej córki nie były wprawdzie mymi małżonkami i nie składały mego haremu, ale serce moje pod pewnym względem zawładnęło nimi i nadwerężenie moich praw zadawało mi śmiertelną boleść.
Don Krzysztof udał, że wcale na mnie nie zauważa, ukłonił się kobietom, odprowadził panią Santarez na koniec tarasu, długo z nią rozmawiał, po czym nieproszony zasiadł do stołu. Jadł, pił i milczał, gdy jednak wszczęła się rozmowa o walkach byków, odepchnął swój talerz i uderzywszy pięścią w stół, rzekł:
— Na świętego Krzysztofa, mego patrona, dlaczegóż muszę ślęczeć w tym przeklętym biurze ministra? Wołałbym być ostatnim torreadorem w Madrycie aniżeli przewodniczyć wszystkim Kortezom Kastylii.
To mówiąc, wyciągnął rękę, jak gdyby chciał przebić byka i wystawił na nasze podziwienie olbrzymie muskuły swego ramienia. Następnie dla pokazania swojej siły umieścił wszystkie trzy kobiety w jednym krześle i zaczął je nosić po całym pokoju.
Don Krzysztof taką przyjemność znajdował w tej zabawie, że starał się o ile możności ją przedłużać. Nareszcie wziął kapelusz i szpadę i zabierał się do wyjścia. Dotychczas nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi, wtedy jednak, zwracając się do mnie, rzekł:
— Słuchaj no, mój dobrze urodzony przyjacielu. Powiedz mi, kto od śmierci szewca Morañona robi najlepsze trzewiki?