Kobiety zdziwiła ta mowa, ja zaś wpadłem w wściekłość. Pobiegłem po szpadę i pogoniłem za don Krzysztofem, doścignąłem go, gdy przemykał się przez małą, ciasną uliczkę i stanąwszy przed nim, zawołałem:

— Zuchwalcze, zapłacisz mi za twoje nikczemne zniewagi!

Don Krzysztof ujął za rękojeść szpady, ale spostrzegłszy na ziemi kawał kija, porwał go, uderzył w moją klingę i wytrącił mi szpadę z ręki. W tej chwili porwał mnie za włosy, zaniósł do rynsztoka i rzucił weń, ale tak gwałtownie, że postradałem przytomność.

Przyszedłszy do zmysłów, ujrzałem nad sobą tego samego szlachcica, który kazał był unieść ciało mego ojca i dał mi tysiąc pistolów. Padłem mu do nóg, podniósł mnie z dobrocią i kazał, abym udał się za nim. Szliśmy w milczeniu i przybyliśmy na brzegi Manzanaresu, gdzie zastaliśmy dwa kare konie. Długo galopowaliśmy, wreszcie stanęliśmy u wrót opuszczonego domu, którego brama i drzwi same się przed nami poodmykały. Weszliśmy do pokoju wybitego ciemnym suknem i oświeconego srebrnymi świecznikami. Zasiadłszy, nieznajomy, tak do mnie przemówił:

Señor Hervas, widzisz, jak się rzeczy dzieją na tym świecie. Jak mogłeś się przekonać, to nie sprawiedliwość rządzi przy rozdzielaniu darów. Jednym natura dała osiemset funtów siły, drugim osiemdziesiąt. Na szczęście wynaleziono zdradę, która uzupełnia nieco równowagę.

Po tych słowach nieznajomy wyciągnął szufladę, dobył z niej puginał i dodał:

— Widzisz to narzędzie, którego okrągłe zakończenie przechodzi w ostrze cieńsze od najsubtelniejszego włosa. Zetknij je za pas. Żegnam cię, młodzieńcze, nie zapominaj o prawdziwym twym przyjacielu, don Belialu de Gehenna. Jeżeli będziesz mnie potrzebował, przyjdź o północy na most na Manzanaresie, klaśnij trzy razy w dłonie, a natychmiast ujrzysz karego rumaka. Zaczekaj, zapomniałem o najważniejszej rzeczy. Oto masz drugą kiesę, może będziesz potrzebował złota.

Podziękowałem wspaniałemu don Belialowi, dosiadłem karego rumaka, Murzyn jakiś wsiadł na drugiego i przybyliśmy do mostu, gdzie trzeba było się rozłączyć. Powróciłem do mego mieszkania. Ległem na łóżko i zasnąłem, ale straszliwe sny mną miotały. Wsunąłem był puginał pod poduszkę i zdawało mi się, że stamtąd wychodził i zapuszczał się w sam środek mego serca. Widziałem także don Krzysztofa porywającego mi sprzed nosa moje trzy piękności.

Nazajutrz ponury smutek mną owładnął i obecność dwojga dziewcząt nie mogła go rozproszyć. Starania ich przeciwny na mnie wpływ wywarły i pieszczoty moje były mniej niewinne. Zostawszy sam, chwytałem za puginał i groziłem nim don Krzysztofowi, którego, zdawało mi się, że ciągle widzę przed sobą.

Nienawistny ten natręt wieczorem znowu się zjawił i znowu nie zwracał na mnie uwagi, ale natomiast więcej zalecał się do kobiet. Sprzeciwiał im się, bawił je i rozśmieszał. Jego płaskie dowcipy więcej podobały się od mojej grzeczności.