Señor Avadoro, nie ścierpię, abyś miał zwyciężyć we wspaniałości Avilów, Sorrientów i wszystkich grandów należących do mojej rodziny. Mam zamiar ofiarować ci inne warunki korzystne dla twego szczęścia. Pewien szlachcic, którego rodzina od dawna jest z nami złączona, zyskał znaczny majątek w Meksyku. Ma córkę jedynaczkę i daje jej milion posagu...

Nie pozwoliłem dokończyć księżniczce tych słów i powstawszy z niejakim oburzeniem, odparłem:

— Chociaż krew Avilów i Sorrientów nie płynie w moich żyłach, serce jednak, jakie we mnie bije, za wysoko jest umieszczone, aby milion mógł do niego dosięgnąć.

Chciałem odejść, ale księżniczka kazała mi pozostać, następnie oddaliła kobiety do drugiej komnaty, zostawiając drzwi otwarte, i rzekła:

Señor Avadoro, jedną tylko nagrodę mogę ci ofiarować, gorliwość twoja dla mego szczęścia pozwala mi spodziewać się, że tej nie odmówisz. Idzie o oddanie mi ważnej przysługi.

— W istocie — odrzekłem — jest to jedyna nagroda, jaka by mnie uszczęśliwiła. Żadnej innej nie pragnę i przyjąć nie mogę.

— Przybliż się — mówiła dalej księżniczka — nie chcę, aby nas słyszano z drugiego pokoju. Avadoro, wiesz zapewne, że mój ojciec potajemnie był małżonkiem infantki Beatrycze i być może, że wspominano ci nawet, jakoby miał z nią syna. Mój ojciec sam tę pogłoskę rozpuścił dla zbicia dworzan z tropu. Tymczasem książę Avila zostawił córkę, która żyje i wychowuje się w jednym z klasztorów niedaleko Madrytu. Ojciec moj, umierając, odkrył mi tajemnicę jej urodzenia, o której ona sama nie wie. Uwiadomił mnie także o zamiarach, jakie względem niej powziął, ale śmierć położyła koniec wszystkiemu. Niepodobnym byłoby odnowić całą sieć ukierunkowanych na spodziewane zaszczyty intryg, jaką książę utkał dla dopięcia swoich celów. Zupełne uprawnienie mojej siostry jest równie trudne do przeprowadzenia, a pierwszy krok, jaki byśmy przedsięwzięli, mógłby za sobą pociągnąć zgubę tej nieszczęśliwej. Niedawno byłam u niej. Leonora jest to prosta, dobra i wesoła dziewczyna. Pokochałam ją z całego serca, ale ksieni tyle mi nagadała o jej nadzwyczajnym podobieństwie do mnie, że nie śmiałam więcej powrócić. Pomimo to oświadczyłam, że pragnę szczerze się nią opiekować i że jest ona jednym z owoców niezliczonych miłostek, jakie mój ojciec miał w swojej młodości. Odtąd doniesiono mi, że dwór zaczął wypytywać się o nią w klasztorze; wieść ta napełniła mnie niepokojem, postanowiłam więc sprowadzić ją do Madrytu.

Posiadam na opuszczonej ulicy, która nawet nazywa się Retardo, niepozorny domek. Kazałam nająć dom naprzeciwko i proszę cię, abyś w nim zamieszkał i czuwał nad skarbem, jaki ci powierzam. Oto jest adres twego nowego pomieszkania, tu zaś list, który oddasz ksieni urszulanek z Peñon. Weźmiesz z sobą czterech jezdnych i powóz z dwoma mułami. Ochmistrzyni przyjedzie z moją siostrą i będzie z nią mieszkała. We wszystkim do niej się odwołasz, do domu zaś nie wolno ci wchodzić. Córka mego ojca i infantki nie powinna nawet dawać pozorów mogących skazić jej sławę.

To powiedziawszy, księżniczka lekko skinęła głową; był to dla mnie znak do odejścia. Opuściłem ją i udałem się naprzód do mego nowego mieszkania, które znalazłem wygodnym, a nawet dość zbytkownie urządzonym. Zostawiłem w nim dwóch wiernych służących, sam zaś wróciłem do mieszkania, jakie zajmowałem u Toleda. Co zaś do domu pozostałego mi po moim ojcu, ten wynająłem za czterysta piastrów.

Widziałem także dom przeznaczony dla Leonory. Zastałem w nim dwie służące i starego sługę rodziny Avilów, który nie nosił liberii. Dom obficie i wytwornie zaopatrzony był we wszystko, czego potrzeba do dostatniego mieszczańskiego gospodarstwa. Nazajutrz wziąłem z sobą czterech jezdnych, powóz i pośpieszyłem do klasztoru w Peñon. Wprowadzono mnie do klauzury, gdzie ksieni już na mnie czekała. Przeczytała list, uśmiechnęła się i westchnęła.