— Señor Avadoro, daj mi sposobność pojedynkowania się za ciebie, będzie to najpiękniejszy dzień w moim życiu.
Wkrótce potem ujrzałem Busquera, który zbliżył się do mnie ze zwykłą bezczelnością i rzekł:
— Kochany pasierbie, odebrałeś cokolwiek za ostrą naukę. Wprawdzie ja powinienem był ci jej udzielić, ale zapewne nie byłbym tak dobrze się znalazł.
— Drogi ojczymie — odpowiedziałem — wcale nie skarżę się na ranę, jaką mi zadał mężny oficer. Ja także noszą szpadę i tylko na wypadek, że coś podobnego może mi się wydarzyć. Co zaś do twojego w tym względzie przyczynienia się, mniemam, że należałoby je wynagrodzić, porządnie kijem garbując ci skórę.
— Z wolna, kochany pasierbie — przerwał Busqueros — ta ofiara kijów wcale nie jest obowiązująca, zwłaszcza w obecnej chwili przekracza nawet prawidła grzeczności. Od czasu naszego rozstania zostałem ważnym człowiekiem, niby podministrem drugiego rzędu. Muszę ci to opowiedzieć z pewnymi szczegółami.
Jego eminencja kardynał Portocarrero, widząc mnie kilka razy w orszaku księcia d’Arcos, raczył uśmiechnąć się ze szczególniejszą łaskawością. To ośmieliło mnie do składania mu mego uszanowania w dniach posłuchań. Pewnego dnia jego eminencja zbliżył się ku mnie i rzekł półgłosem:
— Wiem, mości Busqueros, że jesteś jednym z ludzi najlepiej świadomych wszystkiego, co się dzieje w mieście.
Na to odpowiedziałem z dziwną przytomnością umysłu:
— Wasza eminencjo, Wenecjanie, którzy uchodzą za niezłych rządców swym krajem, kładą tę świadomość w liczbę tego, co niezbędne dla każdego człowieka chcącego trudnić się sprawami państwa.
— I mają słuszność — dodał kardynał, po czym pomówił jeszcze z kilkoma osobami i odszedł. W kwadrans potem marszałek dworu zaczepił mnie mówiąc: