Więc starał się też utworzyć kasę przystępną dla gospodarzy. W tym celu sprosił wójtów z parafii miechocińskiej i porozumiał się z nimi, ażeby każdy ze swojej gminy ściągał gospodarzy na naradę, która się miała odbyć w niedzielę w naszej szkole. Nadeszła niedziela, zeszło się do szkoły kilkudziesięciu gospodarzy, a że dr Surowiecki spodziewał się więcej, więc odłożył naradę na drugą niedzielę i prosił, ażeby każdy w swojej wsi zachęcał drugich na to zebranie.
Przyszła niedziela, w szkole zebrało się mniej ludzi niż przed tygodniem, więc dr Surowiecki zapowiedział zebranie na trzecią niedzielę i polecał ogłaszać wszędzie, ażeby zgromadziło się jak najwięcej chętnych. Ale na tę trzecią niedzielę przyszło tylko dwadzieścia osób, więc dr Surowiecki widząc, że liczba zebranych zamiast się zwiększać, maleje, bo wielu odstraszało się od kasy, rozpoczął naradę z tymi, którzy dotąd wytrwale zgromadzali się. Odczytał i wyjaśniał przygotowany statut, tłumaczył, że poręka będzie nieograniczona, ażeby ci, którzy ulokują w kasie pieniądze, mieli je pewne, pożyczki zaś można będzie otrzymywać bez wielkiego zachodu i tanim kosztem.
Zapadła jednogłośna uchwała, ażeby kasę taką założyć na całą parafię, tj. 13 gmin, i wszyscy zebrani przystąpili zaraz na członków, składając udziały po dwie korony. Odbył się też zaraz wybór zarządu, do którego weszli: dr Surowiecki jako przewodniczący, zresztą Jan Frankiewicz, Piotr Jała, Jan Słomka, Jan Sokół i Wojciech Wiącek, a kasjerem został Stanisław Stała. Przewodniczący przeprowadził następnie wszelkie formalności połączone z założeniem kasy i odstąpił dla niej miejsce w swojej kancelarii, dopóki się nie podniesie.
Jak się Żydzi o założeniu tej kasy dowiedzieli, straszyli chłopów, że kto się do niej wpisze, już cały majątek nie jego, bo ręczy za kasę całym swoim majątkiem, i śmiali się, że „Surowiecki założył kasę i już ma 20 członków i 20 złr”. Ale niedługo było w kasie kilka drobnych wkładek, a zaraz też potrzebujący zgłaszali się o pożyczki, a gdy je otrzymali z małym trudem i kosztem, chwalili się i głosili to między drugimi, co poruszyło wielu: jedni przystępowali na członków, prosząc o pożyczki, inni składali swoje oszczędności. Kasa wciąż się powiększała, później rosła, jak na drożdżach i przed wojną było przeszło 2000 członków, obrotu rocznego przeszło pół miliona, a fundusz rezerwowy wynosił kilkanaście tysięcy koron.
W ten sposób została rozwiązana sprawa drobnego kredytu włościańskiego w naszej okolicy, a później i w całym kraju, odkąd powstał we Lwowie Patronat Kas Oszczędności i Pożyczek, bo dyrektor Patronatu, dr Stefczyk211, tak umiał sprawę prowadzić, jeżdżąc po wsiach i poznając stosunki na miejscu, że przed wojną kas takich było w Galicji przeszło tysiąc i wszystkie dobrze się rozwijały. Kto pamięta, jak dawniej trudno było o pożyczkę i jak chłopów dławiła lichwa, ten wie, jaka należy się wdzięczność tym, którzy przyłożyli ręki do powstania i rozwoju kas spółkowych u nas.
Tak każdą sprawę społeczną — jak parcelacja, scalenie gruntów, czyli komasacja, wychodźstwo zarobkowe i inne — można by pomyślnie prowadzić i uregulować, gdyby powołani do tego z tytułu swego urzędu i stanowiska społecznego chcieli się zżyć z ludem, poznać jego biedy i wziąć się rzetelnie do sprawy, a nie poprzestawali tylko na gadaniu i zapisywaniu papieru w biurach.
*
Również ciekawym jest powstanie i rozwój Towarzystwa Przemysłowo-Handlowego, które przed wojną prowadziło wielki sklep spożywczy pod nazwą „Bazar” w Tarnobrzegu. Sprawa założenia tego sklepu stała przez szereg lat na porządku dziennym — i wtedy jeszcze, gdy się już w tym celu zawiązało Towarzystwo i statut został zatwierdzony, nie można było handlu otworzyć z powodu różnych przeszkód, z których najważniejsza była ta, że nie można było na ten cel lokalu w rynku w Tarnobrzegu ani wydzierżawić, ani na własność nabyć, gdyż właścicielami wszystkich realności w rynku byli Żydzi, a ci, dowiedziawszy się, na co lokal potrzebny, za żadne pieniądze odstąpić go nie chcieli.
W końcu Towarzystwo musiało na ten upór Żydów użyć odpowiedniego sposobu, mianowicie: weszło w umowę z istniejącą już Kasą Spółkową, ażeby ta na siebie kupiła dom i wydzierżawiła w nim odpowiednie ubikacje212 „Bazarowi”, a gdy i wtedy robili Żydzi trudności, prosiła Kasa jednego z urzędników, aby starał się nabyć jakąś realność w rynku, a następnie odstąpił ją Kasie. I to się dopiero powiodło, bo zgodzona została i zadatkowana realność za 12 000 koron.
Ale gdy się Żydzi dowiedzieli, że ta realność dla Kasy Spółkowej i będzie w niej pomieszczony sklep, podnieśli ogromny gwałt na tego, co realność sprzedał, chcieli zwrócić podwójny zadatek, jednak nic nie pomogło: Żydowi nałożono nad zgodę jeszcze 600 koron, podpisał w sądzie wieczór umowę i zaraz tej samej nocy wyniósł się z Tarnobrzega. Żydzi jeszcze jego rodzinie robili awantury, powybijali okna i przez kilka szabasów Żydzi z rodziny tej nie mogli chodzić do bożnicy, bo się bali, a także Kasie czynili trudności, wytaczając procesy o granicę, ale wszystko to było już bezskuteczne: Kasa została przy nabytej realności.