Wspomnieć się godzi nieco obszerniej o pracownikach na różnych polach działalności, z którymi danym mi było zetknąć się w życiu i którzy zaznaczyli się czy to na swoim urzędzie, czy w pracy społecznej w powiecie tarnobrzeskim.

Spośród duchowieństwa wymienić należy ks. Józefa Sobczyńskiego, który przez kilka dziesiątek lat (od roku 1852 do roku 1894) rządził parafią miechocińską, a zarazem doszedł do godności dziekana i prałata. Trzymał on lud w karności, karcił szczególnie pijaństwo i rozpustę. Miał wielkie wpływy w powiecie, wszyscy musieli się z nim liczyć. Posiadał znaczny majątek, który strwonili, niestety, spadkobiercy.

W ostatnich latach przed wielką wojną zaznaczyło się w parafii kilku księży wikarych, szczególniej ks. Franciszek Wróbel i ks. Stanisław Władyka; założyciele domu Bractwa Królowej Korony Polskiej w Miechocinie.

Wśród księży dominikanów w Tarnobrzegu jest szereg takich, o których pamięć zachowała się u ludności. Ks. Wincenty Wrześniak przeprowadził budowę wieży środkowej na kościele i podniósł gospodarstwo klasztorne. Ks. Stefan Płaszczyca przeprowadził rozszerzenie i odnowienie kościoła, budowę wieży frontowej i koronację cudownego obrazu Najśw. Panny Marii Dzikowskiej. Ks. Stanisław Markiewicz zaznaczył się szczególniej jako opiekun dzieci i młodzieży. Kilku utalentowanym a niezamożnym chłopcom z Dzikowa ułatwił ukończenie gimnazjum. Gdy odjeżdżał z Tarnobrzega, wielka rzesza dzieci i ludu z płaczem i jękiem odprowadzała go na kolej. Trudno byłoby znaleźć większego przyjaciela maluczkich. Księża dominikanie: Dziędzielewicz, Alwary Komorek, Alojzy Serafiński, Bruno Janiewski znani byli z pięknych kazań.

Zresztą wszyscy księża, jakich znałem, wykonywali swoje obowiązki, lud do dobrego nakłaniali i przyczyniali się do utrzymania porządku społecznego i dobrych obyczajów więcej niż jakakolwiek inna władza, spełniali więc najważniejszą rolę w społeczeństwie.

Spośród inteligencji urzędniczej wyróżniał się za mojej pamięci długoletni starosta tarnobrzeski Stanisław Jakubowicz. Zajmował się on żywo sprawami wchodzącymi w zakres jego urzędu, znał wielką liczbę ludzi w powiecie, także spomiędzy chłopów, i wiedział, jak się prowadzą. O każdym pilnie się dowiadywał, czy nie jest pijakiem, szkodnikiem, czy zasługuje na pomoc w razie potrzeby. Podczas zwykłych przechadzek codziennych na wszystko zwracał baczną uwagę i jeżeli dostrzegł coś niewłaściwego, np. jakąś psotę chłopaków, nie przepuszczał niczego płazem, ale wołał wójta i na miejscu energicznie polecał coś zrobić, naprawić itp. Miał wielkie znaczenie i wpływy w powiecie, jak żaden starosta przed i po nim. Kogo polubił i powziął do niego zaufanie, tego popierał i za wzór stawiał, a co komu przyrzekł, święcie wykonywał. Zachęcał chłopów do posyłania dzieci do szkół. Prawie na każdej sesji przedstawiał wójtom korzyść z nauki, nawoływał, żeby wójcia każdy w swojej wsi wpływali na ojców, ażeby jak najliczniej posyłali dzieci do szkoły, a nie trzymali ich w domu i nie dzielili zagonami, bo potem dzieci nie maja z czego żyć i stają się nędzarzami. To skutkowało, bo niedługo dosyć dzieci włościańskich z powiatu kształciło się w szkołach. Chciał, żeby wszyscy w powiecie go znali i okazywali mu szacunek. Miał przy tym tę wadę, że nie zapominał doznawanych uraz i bezwzględnie prześladował tych, którzy mu się czymkolwiek narazili. Jeżeli np. ktoś nie zdjął przed nim czapki i nie ustąpił mu miejsca, pytał się, co to za jeden i zawsze mu to pamiętał.

Mnie bardzo lubiał i chwalił na sesjach wójtowskich, że gminę i akta gminne trzymam w porządku. W końcu jednak zraziłem go sobie przez budowę rzeźni gminnej w Dzikowie, nie chciał bowiem, żeby ta rzeźnia powstała, a gmina tarnobrzeska miała przez to konkurencję i zmniejszone dochody. Mówił, że prędzej mu włosy na dłoni wyrosną, niż Dzików dostanie koncesję na rzeźnię. Sprawa ta ciągnęła się przez parę lat. Wystawiliśmy w Dzikowie budynek na rzeźnię, ale musieliśmy go parokrotnie przenosić z miejsca na miejsce i przestawiać, gdyż starostwo wytaczało zawsze jakiś powód, iż rzeźnia nie może stać w danym miejscu i musi być usunięta. Dopiero przy pomocy ks. Sobczyńskiego, który ujął się za nami, wygraliśmy sprawę w Namiestnictwie, które poleciło wydać natychmiast koncesję.

Z późniejszych starostów zasługuje na wyróżnienie hr. Zygmunt Lasocki222 (od roku 1903 do 1907). Interesował się gorliwie sprawami powiatowymi, a szczególnie włościańskimi, starał się je poznać i naprawić. Pracował niestrudzenie, a jeżeli w powiecie wydarzyła się jakaś klęska, np. wylew albo pożar, jechał bezzwłocznie na miejsce i brał czynny udział w akcji ratunkowej. Co rozpoczął, przeprowadzał z nadzwyczajną pilnością. Żył przy tym bardzo skromnie. Starał się między innymi o to, żeby po wsiach domy były stawiane w porządku, w równej linii i pewnych odstępach, a zarazem były kryte ogniotrwałym materiałem. Sam też sprowadzał dachówkę z funduszu zapomogowego, wyjednanego u rządu, i pogorzelcom dawał ją bezpłatnie albo sprzedawał na bardzo dogodnych warunkach. W ten sposób przyczynił się znacznie do rozpowszechnienia w powiecie pokrywania budynków ogniotrwałym materiałem. Z czasem ludzie dowodnie się przekonali, że ogniotrwałe pokrycie trwalsze jest niż strzecha, lepiej zabezpiecza mienie i życie ludzkie przed pożarami, obniża premie ubezpieczeniowe. Pracą swoją zdobył sobie jako starosta wielkie zaufanie u ludu włościańskiego i w roku 1911 został posłem do parlamentu wiedeńskiego z tutejszego okręgu. Na tym stanowisku zajmował się bardzo pieczołowicie sprawami swoich wyborców i należał do najpracowitszych posłów polskich.

Następca hr. Lasockiego na urzędzie starosty w powiecie tarnobrzeskim, Eugeniusz Swoboda, brał również czynny udział w pracy obywatelskiej w towarzystwach rolniczych, „Sokołach” itp. Ludowi włościańskiemu był przychylny i przystępny dla każdego, nieraz na ulicy sprawy wysłuchał i załatwił ją. Gdy miał odjeżdżać z Tarnobrzega, pożegnał się z wójtami na ostatniej sesji, a mnie na pożegnanie zaszczycił nawet odwiedzinami w domu.

Z komisarzy starostwa w Tarnobrzegu należy wspomnieć dra Karola Matyasa223, który zbierał pieśni i zwyczaje ludowe w powiecie tarnobrzeskim i wydał między innymi prace pod tytułem Wincenty Motas, chłop-poeta i Wesele stalowskie; następnie dra Juliusza Dunikowskiego, który był redaktorem „Powiatowego Dziennika Urzędowego w Tarnobrzegu” w latach 1908 i 1909.