Miasto zupełnie opustoszało, pozostała w nim tylko garstka inteligencji i mieszczaństwa chrześcijańskiego, przy tym najbiedniejsi Żydzi, zapanowała cisza jak przed burzą.
Chłopi nie ruszali się przeważnie ze swoich gospodarstw. Mówili wtedy: „Co będę uciekał od swego” albo „Co będę uciekał przed śmiercią, skoro wcześniej czy później umrzeć trzeba”. Pozostali też wszędzie księża, a z ust jednego z nich słyszałem wtedy: „Gdzie owce, tam i pasterz, cóż by to był za pasterz, który by w niebezpieczeństwie porzucał swoje owce?”. W znacznej części pozostali po wsiach nauczyciele ludowi. W Dzikowie pozostał na miejscu hr. Zdzisław Tarnowski z żoną.
Ci, którzy nie uciekali, przygotowywali sobie schroniska na czas bitew, kopiąc przy domostwach duże doły mające najmniej metr nasypu ziemnego. Niektórzy wyjeżdżali z dobytkiem, jaki mogli zabrać do lasów okolicznych, sądząc, że tam bezpieczniej będzie przetrwać walki. Jedni z tych zaraz wracali do domów, zaznawszy pierwszych niewygód uchodźstwa, inni nieco później, naraziwszy się często na wielkie niebezpieczeństwa, gdyż — jak się pokazało — lasy nie dawały schronienia przed bitwami.
Wieczór 14 września hr. Zdzisław Tarnowski prosił mnie o przybycie do zamku. Gdy tam przyszedłem, oznajmił mi, że nazajutrz rano będziemy mieli w Dzikowie Moskali, prosił przy tym o ogłoszenie w gminie, ażeby ludność zachowała się spokojnie i nie dawała powodu nieprzyjacielowi do ostrzejszych zarządzeń. Oświadczył też, że pozostaje na miejscu, mówiąc: „Dzieliłem z wami dobrą, będę dzielił i złą dolę”.
We wsi wraz z nocą nastał spokój, nawet cisza, mało kto jednak spał, każdy z niepokojem oczekiwał następnego dnia.
Nazajutrz o godzinie ósmej rano, idąc do kancelarii gminnej, ujrzałem patrol rosyjską, składającą się z dwu dragonów245. Natknęli się właśnie na dwóch żołnierzy austriackich, którzy nie zdążyli się jeszcze stąd wycofać, więc wywiązała się między nimi krótka strzelanina, po czym pierwsi i drudzy zawrócili w swoje strony. Nie zeszło godziny, gdy przybyły patrole rosyjskie w większej sile. Zajeżdżają do zamku, biorą z sobą hr. Zdzisława Tarnowskiego i każą się dalej prowadzić. Wjeżdżają do miasta i tu zderzają się z podjazdem austriackim. Kulki zaczęły świstać, a w czasie tej walki hrabia schronił się szczęśliwie w boczne ulice. Również w innych miejscach patrole się ścierały i strzały odzywały się coraz częstsze. W taki czas niebezpiecznie było wychodzić na ulicę, każdy też chował się w domu.
Koło południa stanął już na moim polu, którego mam koło domu prawie dwie morgi, tren rosyjski. Wóz stanął koło wozu, tak że konie wierzchowe, należące do trenu, nie mogły się już pomieścić. Dowódca trenu skierował się do mego domu. Wszedł do stancji z uprzejmym polskim pozdrowieniem i prosił, ażebym pozwolił na wprowadzenie koni wierzchowych na podwórze. Zgodziłem się na to i wyszedłem z nim na podwórze, on zaś, widząc, że mam w stodole zboże i siano, a w ogrodzie ładne owoce, zabronił żołnierzom najsurowiej wchodzić tak do stodoły, jak i ogrodu. Widziałem z tego, że Moskale nie są tak źli, jak o nich mówiono, skoro proszą nawet o pozwolenie na wprowadzenie koni na podwórze i wiązanie ich do płotu. Toteż od tej chwili pozbyłem się obawy przed nimi.
Tymczasem pod bokiem Tarnobrzega przygotowywały się krwawe bitwy. Austriacy zatrzymali się w Machowie, w odległości 5 km od Tarnobrzega i okopy ich biegły stamtąd przez Chmielów, Cygany i dalej ku wschodowi, naprzeciw zaś nich okopali się, od Miechocina począwszy, Rosjanie. Na tych stanowiskach toczyła się zacięta bitwa przez trzy dni: 15, 16 i 17 września. Dniem i nocą rozlegał się huk armat i trzask karabinów. Na wieży klasztornej usadowił się oficer rosyjski i przez telefon podawał komendę, jak mają bić armaty. Austriacy odkryli to i w trzecim dniu ostrzeliwali kościół. Odłamki szrapneli padały wtedy na nasze domy, byliśmy w największym niebezpieczeństwie, siedzieliśmy w piwnicach.
Straszniejszy niż sama bitwa był rabunek, który odbywał się w Tarnobrzegu w czasie tej trzydniowej bitwy. Moskale odbijali sklepy, opuszczone przez Żydów, wyrzucali towary na ulicę, sami brali, co się im podobało, ładowali na swoje wozy, resztę kazali brać ludności cywilnej, czasem zmuszali do brania albo sprzedawali za bezcen. Znaleźli się przy tym ludzie chciwi, niepomni na przykazania Boże, którzy nadciągali do miasta z bliższych i dalszych wsi, nawet zza Wisły, i brali udział w grabieży. Po paru dniach sklepy były tak ogołocone, że za pieniądze nic nie kupił.
Jednocześnie rabusie w szynelach rosyjskich wdzierali się do domów prywatnych, opuszczonych przez właścicieli, i wykradali, co mogli. W ten sposób pastwą rabunku padło wiele domów żydowskich i urzędniczych. Do domu dra Surowieckiego zajechały podwody, na których wywieziono całe urządzenie mieszkania. Kasy ogniotrwałe zostały wszędzie porozbijane.