*
Świecili w domu szczypami smolnymi, które paliły się na kominku zwanym „świecznikiem”, umyślnie na to urządzonym, przy tym znane też były proste kaganki do świecenia oliwą. Pamiętam, jak raz dziadek Gierczyk, jeżdżąc po drzewo do lasu, przywiózł z Dęby pniaka smolnego i dużo uciechy narobił, że szczyp do świecenia na długo starczy. „Dosyć — mówił — naszukałem się po lesie i ledwie tego smolnego pniaka zdybałem, ale czym wy, moje dzieci, będzieta kiedyś świecić, skoro lasy się umykają, i coraz trudniej o smolny kawałek drzewa?”.
Ogień rozniecali za pomocą krzesiwa i hubki42, a ponieważ to wykrzesanie ognia zadawało dużo trudności, więc gospodynie starały się przechowywać ogień w popiele, nawet z jednego dnia na drugi. Jeśli zaś zupełnie wygasł, co zdarzało się często, to wstawszy do dnia, wyglądały, u kogo się już świeci, i tam posyłały „po ogień”. Kto był po to wysłany, brał do garnka żarzące się węgle i, nakrywszy je pokrywką, żeby po drodze ognia nie zapuścić, śpieszył zaraz z powrotem do domu. Stąd poszło przysłowie „wpadł, jak po ogień”, jeżeli się mówi o kimś, że w odwiedzinach krótko zabawił.
Dopiero koło roku 1860 rozpowszechniły się więcej zapałki, a prawie równocześnie wchodziło w użycie oświetlenie naftowe. Ale nim się rozpowszechniły dzisiejsze lampy, przez długi czas znane były tylko tzw. knotki albo gajsówki, małe, bez szkiełka i dające jeszcze światło tak słabe, że w izbie można było przy nim rozpoznać tylko grubsze przedmioty.
*
Strój nosili taki, jaki sobie każdy sam w domu sporządził.
Odświętny strój mężczyzny składał się w lecie z koszuli, wypuszczonej na portki prawie po kolana, prócz tego z kamizieli.
Kobiety i dziewczęta na koszule przywdziewały w lecie także kamizielę albo zarzucały tylko ochtuskę43; fartuchy i zapaski nosiły również z domowego płótna. Na głowie mężatki nosiły czapki kolorowe z materiału sklepowego, zawiązując na nich niekiedy chustkę, zwłaszcza jeżeli czapka była już stara i podniszczona. Dziewczęta szły na wesela z odkrytymi głowami, mając włosy splecione w warkocze, spadające na plecy, przystrojone wstążkami, rutą, barwnikiem i różnymi kwiatami.
W zimie mężczyźni wdziewali do kościoła kożuch i na to kamizielę, na wesela zaś, na większą paradę mieli zwykle sukmany z białego sukna, podobne do krakowskich. W ogóle na wesela wszyscy starali się lepiej ubierać niż do kościoła, jak zresztą i obecnie bywa.
Jako nakrycie głowy służyły białe sukienne okrągłe magierki44, a starsi i poważniejsi miewali czarne barankowe czapki, podszyte białym barankiem, z tyłu spinane siwą wstążką, wysokie i dużych rozmiarów, pochodzące zza Wisły, później wyrabiane też przez Żyda w Tarnobrzegu; były one drogie, w cenie 6–7 reńskich. Potem rozpowszechniły się czapki baranie, mniejsze i tańsze, w cenie około 2 reńskich, noszone do dzisiaj.