Dla tych zaś, którzy wcale gruntu nie mieli, wydawane były karty chlebowe. Następnie prócz tych kart wydawane były karty na inne artykuły spożywcze: mąkę, cukier, naftę itp. Co miesiąc, a nawet co dwa tygodnie obowiązana była gmina posyłać do starostwa wykazy tych, którzy mieli dostawać karty na artykuły spożywcze. Wszystkie zaś te artykuły można było nabywać w oznaczonych sklepach, po ustanowionych cenach pod dozorem władz państwowych. Sklepikarz mógł sobie doliczać za swą pracę ściśle oznaczony procent.

Zarządzenia te jednak spowodowały wiele niezadowolenia i narzekania. Dostawienie bowiem zboża do magazynów rządowych złączone było z wieloma kłopotami, z każdą wyznaczoną, nieraz bardzo drobną ilością zboża, trza było iść czy jechać do magazynu, tam brali zboże po bardzo niskiej cenie, która zupełnie nie pokrywała kosztów produkcji. Toteż gospodarze, którzy mieli jeszcze coś do sprzedania, chowali to, jak mogli, w największym ukryciu, chroniąc się przed oddaniem za bezcen plonu swej pracy i czekając na dogodniejszą sposobność sprzedaży. Nieraz w takich schowkach zboże psuło się i marnowało, więc tym bardziej go brakowało i podnosił się krzyk tych, którzy musieli wszystko kupić na zaspokojenie głodu.

Nie lepiej działo się też z wydawaniem kart chlebowych. W Dzikowie pierwsze wykazy, sporządzone ściśle według nakazu starostwa, narobiły dużo krzyku, zwłaszcza między kobietami, domagali się bowiem kart chlebowych także tacy, którzy wprawdzie mieli coś gruntu, ale wyżyć z niego nie mogli. Kobiety z takich drobnych gospodarstw krzyczały: „Chcemy kart, ażeby kupić chleba i pożywić dzieci!”. I szły z krzykiem i płaczem do starostwa. Tam odpowiadano im krótko, że nie są pomieszczone na wykazie z gminy. Do następnych więc wykazów wpisywani byli także ci, którzy mieli niedostateczne utrzymanie z gruntu. Za to znowu pociągało mnie jako wójta do odpowiedzialności starostwo, że wykazuję do kart chlebowych także rolników. Tłumaczyłem się tam, że inaczej nie może być, że i na drobne gospodarstwa muszą być karty wydawane. Gdyby bowiem z takich gospodarstw można było wyżyć, to by ludzie po karty nie szli, bo na kartę chleba za darmo nie dostawali.

Z obiegu znikała już wtedy nawet moneta drobna niklowa, a zapanowała wyłącznie papierowa. Drobna moneta bita była z żelaza. Przy tym drożyzna rosła do niesłychanych rozmiarów.

W listopadzie 1915 roku płaciło się: 1 kg mydła 4 kr, 1 kg słoniny 7 kr (przed wojną 2 kr), jajo 14 h, buciki męskie lub damskie 30 kr (przed wojną 8–10 kr).

W pół roku potem, tj. w kwietniu 1916, płaciło się za 1 kg mydła 7 kr, za buciki 36–40 kr, za ubranie męskie 100–180 kr (przed wojną najwyżej 40 kr). Produkty wiejskie można było kupować po cenach przedwojennych, ale tylko za kartkami.

Ustanowiony został urząd do walki z drożyzną, ale urząd ten skrupiał się prawie wyłącznie na ludności wiejskiej, bo oznaczał ceny na produkty wiejskie (mąka, krupy, masło, słonina, jaja), a nie ustanawiał ich na produkty fabryczne (buty, ubrania itd.).

Największymi opiekunami okolicy tarnobrzeskiej okazali się wówczas hr. Zdzisławowie Tarnowscy. Setki i tysiące biednych z powiatów: tarnobrzeskiego, kolbuszowskiego, niżańskiego, a także zza Wisły cisnęło się co dzień do zamku w Dzikowie i nikt nie odszedł stąd bez odpowiedniej pomocy, hrabstwo wspierali zbiedzonych z własnych zasobów, nadto rozdzielali wsparcia z funduszów Centralnego Komitetu Obywatelskiego259 w Warszawie, Komitetu Obywatelskiego we Lwowie, KBK (Komitetu Biskupiego Krakowskiego) i Rockefellera. Dzierżyli w swych rękach nici wszystkiej pomocy.

Hrabina urządziła w Tarnobrzegu kuchnie bezpłatne, jedną dla chrześcijan, drugą dla Żydów, z których to kuchni korzystało kilkaset biedaków. Założyła w zamku sklep z towarami spożywczymi, sprowadzanymi głównie z Lublina, które były sprzedawane po cenach kosztów. Na dziedziniec zamkowy zajeżdżały często wozy naładowane towarami, do sklepu zamkowego spieszyły po towar gromady ludzi; sprzedawały w nim hrabianki Tarnowskie. Sklep ten normował ceny i zapobiegał zdzierstwu, Żydzi bowiem, zniszczeni wojną, odbijali sobie straty z całą bezwzględnością i w niesłychany sposób podnosili ceny na towarach, jakie mieli. Ze sklepu zamkowego rozwinął się następnie w Tarnobrzegu „Sklep Ligi Kobiet” pod przewodnictwem hrabiny Tarnowskiej.

W czasie pobytu Moskali, gdy szkoły nie były czynne, urządzona była w zamku szkółka dla dzieci z Dzikowa i Tarnobrzega. Liczba dzieci uczęszczających do szkółki dochodziła do 200. Najbiedniejsze okryła hrabina swoim kosztem. Szkółkę tę prowadził głównie bibliotekarz zamkowy, Michał Marczak, który niestrudzenie oddany był pracy dla dobra dotkniętej biedą ludności.