Obecnie jednak więcej już na wsi niż po wielu dworach starają się o lepszą uprawę i wydobycie większych korzyści z ziemi i można śmiało powiedzieć, że te dwory mogłyby się uczyć gospodarstwa od włościan.
Ale postęp wśród włościan odbywał się powoli, na ogół wcześniej po wsiach nad Wisłą i Sanem, mających grunta rędzinne, niż po wsiach tzw. „lasowskich”, położonych na piaskach. Na razie wszędzie tylko jednostki poszły naprzód i dopiero swoim przykładem pociągały mniej lub więcej innych za sobą. Jeden na drugiego się zapatrywał, jeden drugiego ciągnął w górę. A którzy pozostali w zacofaniu, wyśmiewali i wydrwiwali rzeczy nowe i gospodarzyli według starego zwyczaju, nie pozbywszy się przy tym zastarzałych wad, np. pijaństwa, ci albo upadali i zupełnie nieraz marnieli, albo do dziś dnia jeszcze po dawnemu biedę klepią.
*
Należy jeszcze zwrócić uwagę na zupełną odmianę w stroju na wsi. Nastąpiła ona najwięcej od tego czasu, jak się rozpoczęło wychodźstwo zarobkowe, wychodźcy bowiem, wracając do kraju, przywozili różne ubrania modne, które się tu coraz bardziej upowszechniały, bo i ci, co z kraju nie wychodzili, poszli za modą, i tak te nowe ubiory coraz więcej nastawały i nad starymi brały górę.
Działo się to w znacznej mierze także dlatego, że niektóre części dawnego ubrania chłopskiego były mniej praktyczne, np. biała kamiziela, czyli płótnianka ulegała bardzo łatwo poplamieniu.
Patrzyłem na to, ile to pracy kosztowało dawniej gospodynię, żeby taką kamizielę uprać, wypolewać, wyżmiąć, wysuszyć, umaglować, bo każda gospodyni starała się o to, żeby jej mąż, dzieci i sługi ubrały się czysto do kościoła i na wesela, tak ażeby drugie nie powiedziały, że jest niechlujna, próżniak, i nawet męża i domowników nie opierze. Tymczasem cała ta praca na krótko się zdała, wystarczyło bowiem przyklęknąć w kościele na nieczystej posadzce albo obetrzeć się koło wozu namazionego, a kamiziela już była poplamiona i nie do użycia przy wyjściu z domu. Gdy się do dom wróciło, kiepsko się za próg weszło, gospodyni od stóp do głowy obrzucała zaraz wzrokiem, wszystkie plamki na kamizieli rachując, łamała ręce i lamentowała: „A na cóż się moja praca przydała, a ty owalańcze, niechlujniku!” itd. Nie było wymówki, że się to niechcący, przypadkowo stało, musiało się wszystko przyjąć, bo się widziało, jaką ciężką pracę miała kobieta przy praniu tej kamizieli. I to każda prawie kobieta takie wymówki czyniła mężowi, i gdy się ich kilka zeszło, to przy każdej sposobności jedna do drugiej najwięcej się żaliła, że jej mąż „haniebnie kamizielę wala”.
Praktyczniejsze okazały się brunatne sukmany, które nastały po białych, podobnych do krakowskich. Taka sukmana z brunatnego sukna, dość ciepła, kosztowała 24 kr austr., a nadawała się wszędzie, zarówno do kościoła, jak i do roboty. Gdy się zanieczyściła, wystarczyło ją kijem z kurzu wytrzepać i szczotką dobrze przeciągnąć, i znów była do użycia, a po kilku latach, gdy się z wierzchu włos wytarł, można ją było odwrócić na drugą stronę i jeszcze parę lat w niej chodzić. Była więc praktyczna i niedroga i dlatego obecnie więcej się jeszcze utrzymuje niż kamiziela.
Niejeden wreszcie zrzucał ubiór włościański z tej przyczyny, że narażał go na złe traktowanie w urzędach, w podróży itp., a gdy się przebrał z miejska, już było lepiej i każdy mu powiedział „panie”.
Bo i teraz jeszcze według ubrania robi się różnicę między ludźmi i dzieli na panów i niepanów. Do tego, co ubrany po włościańsku, choćby to był poważny i światły gospodarz, mówi się zwyczajnie „wy”, a takiego, co ubrany z miejska, tytułuje się „pan”. Wprawdzie są tacy, którzy się nie gniewają, że się do nich tak lub owak mówi, ale niejeden nie okazuje tego po sobie, chociaż obraża się w duchu, a niektórzy wypraszają sobie poniżające traktowanie ich. Byłoby ważną rzeczą, żeby usunąć te różnice w odzywaniu się do ludzi. Mogłoby pozostać „wy”, jak jest na wsi powszechnie przyjęte, ale niech się mówi do wszystkich przez „wy”, niech nie będzie panów i niepanów, a to znacznie przyczyni się do tego, że zniknie u nas przedział głęboki między warstwami, a nastanie większa jedność i spójność w narodzie.
Zdaje się, że znikające dziś stroje wiejskie jeszcze odżyją i będą noszone, zwłaszcza jeżeli są praktyczne i ładne, ale już nie jako strój „chłopski”, poniżający, ale polski, narodowy, używany szczególnie na święta i uroczystości.