Klika rodzin w Dzikowie ciągnęło dawniej zarobek z przemytnictwa, czyli „szwarcunku”. Jak tylko od małego dziecka zapamiętałem, odbywało się przemytnictwo do Królestwa Polskiego przez Wisłę na wielką skalę. Prawie trzy razy w tygodniu szło w nocy do dwudziestu chłopów z towarami, każdy niósł taki wór towarów, jaki tylko mógł udźwignąć. Były to towary bławatne, różne płótna, chustki, koronki, tasiemki, noże, „cyganki”103 itp.

Pomiędzy przemytnikami był zawsze przewodnik, który szedł znacznie przodem i niósł wór słomą napakowany, ażeby miał lekko uciekać, jeżeli się spotkał z Moskalem objeżdżczykiem104, pilnującym granicy. Gdy się to przytrafiło, to uciekał z workiem, jak długo mógł, wreszcie worek rzucał i gdzieś się chronił, a tymczasem i przemytnicy idący w tyle kryli się tak, że Moskale najczęściej nic towaru nie wyłapali.

Za taką wyprawę każdy przemytnik zarabiał 5 złr, przewodnik 10 złr, a wtenczas ten pieniądz dużo znaczył.

Przemytnictwo rzeczonych towarów trwało mniej więcej do ostatniego powstania, a potem zaczęło się na większą skalę przemycanie okowity105 i innych trunków. Prawie każdej nocy dowoziło się do Wisły furą wódkę, rum, śliwowicę w baryłkach, zawierających po 8 do 9 garncy, a stąd były przemycane za Wisłę w zimie po lodzie, a w lecie na dużym korycie. Przemytnik zarabiał od baryłki 5 złr, a często przenosili te trunki w pęcherzach bydlęcych.

Właścicielami tych „szwarcunków” byli sami Żydzi, przeważnie z Tarnobrzega. Kiedy handel szedł najlepiej, było nawet tak, że propinator106 tarnobrzeski postawił karczmę w przysiółku dzikowskim Podłężu, nad samą Wisłą, obsadził tam karczmarza Berka, który za dnia dostawiał furą okowitę do tej karczmy, a w nocy wysyłał za Wisłę.

Nie pamiętam, żeby przy tym objeżdżczyki kogo zabili, ponieważ po większej części byli przekupieni, a po wtóre — jak słyszałem — strzelali tylko na postrach. Jeżeli nie byli przekupieni, to zadowalali się przy pościgu tym, że chłopi baryłkę cisnęli, a sami uciekli, bo wtedy Moskale wódkę wytoczyli dla siebie, a nalali do baryłek wody, aby wódką śmierdziały, i takie oddawali do powiatu do Sandomierza, jako złapaną „kontrabandę”.

Kiedy zaś stanęła karczma Berkowa i objeżdżczyki dowiedzieli się, że mają wódkę tak blisko, sami przedostawali się przez Wisłę nocami, pili tu wódkę jak wodę i z sobą jeszcze brali. Chłopi zza Wisły tak samo do tej karczmy ukradkiem przychodzili i nieraz jak śledzie naokoło niej leżeli. Tak to ta karczma wszystkich ściągała, jak magnes, choć leżała zupełnie na ustroniu.

Najwięcej okowity przemycali w pierwszych kilkunastu latach, dopokąd u nas była tania, a za Wisłą droga, potem przemytnictwo powoli się zmniejszało, aż wreszcie koło roku 1890 ustało zupełnie. Także z karczmy Berkowej nie ma dziś śladu, bo w końcu uderzył piorun w jabrzędź107, rosnącą zaraz przy ścianie karczmy, przy czym zawalił się komin, Berek uciekł, a karczmę rozebrali.

*

Przed nastaniem kolei kilku gospodarzy pod Tarnobrzegiem trudniło się zawodowo furmanieniem. Najwięcej bywało takich furmanów w Miechocinie. Przywozili oni towary z Tarnowa, gdzie były większe składy towarowe, i przewozili ludzi, słowem, zastępowali dzisiejszą kolej. Mieli już do tego silniejsze wozy żelazne i konie lepsze, lepiej żywione. Do furmanek tych byli stale najmowani przez kupców żydowskich. Zgoda była od cetnara108: ile towaru, albo osób miał woźnica brać tam i z powrotem, Żyd miał dostarczyć koniom siana i owsa, a jeżeli woźnica swoje dawał, to mu zwracał za to pieniądze. Zarobek wynosił 10–12 reńskich, ale woźnica był za to w drodze prawie cały tydzień, bo wyjeżdżał w niedzielę wieczór, a wracał przed szabasem albo po szabasie. Był przez ten czas o swoim wikcie, brał z domu chleb i coś do chleba.