Zarobek ten był ostatecznie lichy, bo gospodarz wywoził z domu siano, nawóz, gospodarstwo jego było opuszczone, bo gościem był w domu, przy tym miał ciągłą sposobność do pijatyki w karczmach przydrożnych. Nadto była to wielka poniewierka, bo jechał dniem i nocą po lichej drodze, nie wyspał się, nie zjadł regularnie warzy, a wódkę „na zagrzewkę” ciągle popijał, czasem przemarzł i zdrowie stracił. Toteż ci zawodowi woźnice źle najczęściej na tych zarobkach wychodzili, popadali w długi i tracili gospodarstwa nawet najtężsi gospodarze. Ale zawodu tego nie porzucali, przyzwyczajali się do niego, jak pijak do wódki.

Czasem furman nic nie zarobił, bo go w drodze okradli, musiał jeszcze dopłacić. Na takich przejezdnych z towarami czatowali rabusie, zwłaszcza po lasach, i nawet jeden woźnica nie puszczał się w drogę, ale łączyło się ich kilku i uzbrajali się w pały i widły.

Jak na takie wozy czyhali różni rzezimieszki, może za dowód posłużyć następujące zdarzenie, o którym opowiadał mi Świątek z Miechowa, który był takim furmanem.

Razu jednego, gdy był w Tarnowie i miał na noc odjeżdżać z towarem, przyszła do niego jakaś dziewka miejska i prosiła, aby się mogła przysiąść do jednej z miejscowości po drodze. Gdy on się wzbraniał, że wóz obładowany i konie będą miały za ciężko, prosiła, żeby choć zawiniątko, jakie miała, mogła na furze położyć, a sama — jak mówiła — będzie szła koło fury, gdzie będzie gorsza droga. Świątek się w końcu zgodził, ona położyła zawiniątko na furze, a przepraszając, że jeszcze ma coś do załatwienia w mieście, oddaliła się i miała zaraz powrócić. Tymczasem chłop czekał i czekał, a ona nie wracała. Zbadał wtedy, jakie zawiniątko zostawiła i zobaczył, że było to dziecko nieżywe. Co z tym począć: do policji nie chciał tego zgłaszać, bo bał się, że go przytrzymają, będzie śledztwo i nieprędko odjedzie do domu, więc użył innego sposobu. Wiedział, że gdy się od fury oddali, to zaraz zjawi się złodziej, który będzie chciał coś ściągnąć, więc zostawił to zawiniątko na wierzchu i odszedł na bok, mając furę na oku. Ledwie się oddalił, przypadł znienacka jakiś drab, capnął owo zawiniątko i czym prędzej uszedł. Wtedy Świątek pospieszył do koni, podciął je i odjechał z Tarnowa. Tak pozbył się niemiłego zawiniątka i złodzieja oszukał.

Prócz tego były częste furmanki do Rzeszowa: stale z pocztą i po tytoń, nadto przygodne do tamtejszego sądu obwodowego, w sprawach wojskowych itp., wreszcie do Dębicy.

Jak kolej miała nastawać, medytowali najwięcej ci furmani, że stracą zarobki, że nie będą mieli z czego żyć itp., tymczasem kolej okazała najlepsza: otwarła i ułatwiła związek z całym światem.

*

Z rzemieślników po wsiach byli po pańszczyźnie tkacze, krawcy, szewcy, kowale, kołodzieje, bednarze, rymarze i rozwijał się przemysł domowy.

Do najważniejszych rzemiosł należało tkactwo. Robota koło przędziwa była wielka i nie kończyła się nigdy, a należała głównie do kobiet.

W każdym gospodarstwie zaraz z wiosną siali len i konopie. Len wcześniej zasiany był zwyczajnie lepszy. Następnie musiał być starannie plewiony z chwastu, żeby był czysty, a po dojrzeniu następowało kolejno rwanie, młócenie, rosienie, tj. rozciąganie na rosie, moczenie, międlenie. Większa jeszcze robota była z konopiami. Najpierw rwali poskonki, tj. konopie nienasienne, ale dające ładniejsze włókno, potem szło moczenie, suszenie, międlenie i czesanie tychże. Później rwane były głowatki, dające nasienie, ale gorsze włókno; te były młócone i moczone już późną jesienią, gdy już bywały przymrozki, suszone już zimową porą koło pieca, następnie międlone i czesane. Na moczenie musiała być odpowiednia woda, bo nie w każdej moczyły się konopie dobrze, a nie wszędzie też dawali je moczyć, bo woda stawała się smrodliwa i ryby w niej zdychały. Przy czesaniu konopi na szczotkach odchodziło wiele paździór i wytwarzał się się kurz, który całą warstwą pokrywał pracownicę.