Następnie kobiety przędły dniami, wieczorami i przede dniem, ażeby jak najprędzej z tym się obrobić i jak najwcześniej oddać przędzę do tkacza. Nici nawijało się, czyli motało na motowidle ręcznym w przędzionka, z tych można już było obliczyć, ile będzie płótna.
Tkaczy w każdej niemal wsi, zwłaszcza po wsiach lasowskich, było wówczas po kilku; wiozło się przędzę do tego, któremu się ufało, że wyrabia płótno dobrze, wcześnie109 i rzetelnie. Przy oddawaniu przędziwa prosiło się go zawsze, żeby płótno było jak najszersze (szerokość wynosiła więcej niż łokieć110), z brzegami równymi i dobrze ubite; gdy było dobrze zrobione, to woda przez nie nie przeciekała. Prosili go też, żeby było gotowe już w początku maja, bo najlepszy „blich”, czyli bielenie płótna było na wiosnę, jak sady zaczęły kwitnąć.
Dobrego i rzetelnego tkacza, który nie przywłaszczał sobie powierzonego mu do roboty materiału, traktowali jak najlepszego przyjaciela, przy każdym spotkaniu mu to okazywali i dawali poczęsne. Praca jego jednak przy prostym warsztacie była ciężka i żmudna, nim łokieć płótna wyrobił, musiał się krwawo napracować. Tkacz więc był zwyczajnie biedny, miał chałupinę bez gruntu, w pracy pomagała mu żona i dzieci.
Jako wynagrodzenie otrzymywał przede wszystkim kolędę, którą przywozili mu razem z przędziwem, ażeby w czasie roboty miał się czym żywić. Kolędę dawało się według tego, ile było przędziwa; zwyczajnie składało się na nią: 2 bochenki chleba, 2–3 garncy kaszy jaglanej i tyleż jęczmiennej, 3–4 kg słoniny, litr oleju,a przy odbieraniu takiej kolędy tkacz zwykł był mówić żartem: „Która kolęda ma większe oczy, to prędzej na warsztat skoczy”, tj. kto daje lepszą kolędę, tego przędza będzie prędzej wyrobiona. Nadto za wyrobienie płótna pobierał w pieniądzach: od łokcia płótna zgrzebnego 3 centy, pacześnego 4–5 centów, cienkiego konopnego 6 centów, lnianego 7–8 centów.
Każda gospodyni starała się, żeby na wiosnę najwięcej płótna na blich wyciągnęła; to było jej zaszczytem. Z tego płótna był cały przyodziew dla wszystkich domowników, a część szła na sprzedaż.
Płótno było trojakiego gatunku. Najprzedniejsze było cienkie, lniane lub konopne, z najlepszego włókna, używane na odświętne koszule, kamiziele, czyli płótnianki, fartuchy, czyli spódnice, zapaski, chusteczki na głowę, ochtuski, czyli duże chustki. Średnie nazywało się „pacześne”, wyrabiane ze średniego włókna lnianego i konopnego, razem zmieszanego, używane zaś było najwięcej na koszule dla sług, podszewki do kamiziel, spodnie dla gospodarzy itp. Najpośledniejsze było zgrzebne, z włókna lnianego i konopnego pośledniego, tj. pozostającego przy czesaniu włókna na szczotce. Z takiego włókna nie dały się już uprząść nici cienkie i równe, więc i płótno było grube, używane najwięcej na kamiziele i portki do roboty, przeważnie dla sług, na nadołki, czyli nadstawki do koszul, najczęściej dla dziewek, czasem i dla gospodyń (górna część takiej koszuli była z lepszego płótna), na płachty, worki itp.
Łokieć lnianego najlepszego płótna płacili od 35 do 40 grajcarów, a konopnego 30–35 grajcarów, pacześnego 25–30 grajcarów, zgrzebnego 20–25 grajcarów.
Teraz we wsiach nadwiślańskich uprawa lnu i konopi i wyrób płótna zarzucone. Jeżeli jeszcze gdzie sieją len, to włókno wysyłają przeważnie do fabryk i otrzymują stamtąd płótno.
*
Koło Baranowa w pow. tarnobrzeskim kwitła hodowla owiec i sukiennictwo. Owce hodowali tam w pobliskich wsiach: w Skopaniu, Woli Gołego, Knapach, Durdach, w Suchorzowie, Siedliszczanach. U poszczególnych gospodarzy bywało po 30–100 owiec, zależnie od zamożności danego gospodarza. Paśli je na pastwiskach gminnych. Z owiec tych mieli wełnę, sporządzali też sery na własną potrzebę.