Z wełny robili sukna w Baranowie, gdzie były warsztaty mniej więcej podobne do tych, jakie mieli po wsiach tkacze. We wsi Szydłowcu, w pow. mieleckim, była fabryka do folowania111 tegoż sukna. Było ono koloru czarnego, niebieskiego, brunatnego, białego. Wyrabiali z niego sukmany wiejskie, bundy zimowe i czamary mieszczańskie, nadto czapki magierki, okrągłe, z sukna białego z prążkami, i rękawice o jednym palcu, używane w czasie mrozów przez furmanów i przy pracy.

Sukno baranowskie cieszyło się pokupem112, szło do Tarnobrzega, Dąbrowy pod Tarnowem, Szczucina, wyroby z tego sukna przemycane były za Wisłę do Królestwa Polskiego. Sam chodziłem kilkakrotnie do Baranowa, do jednego z tamtejszych czapników, po czapki magierki i rękawice, a wysyłany byłem przez stryja mego Jacka, który towar ten za Wisłę przemycał.

Tak hodowla owiec, jak i sukiennictwo baranowskie upadło zupełnie około roku 1890, kiedy dostały się tu tańsze towary fabryczne z Wiednia.

Krawiectwem trudnili się przeważnie Żydzi, szyli kamiziele z płótna domowego i żupany, futra, tj. kożuchy pokryte suknem, i białe krakowskie sukmany z sukna sprowadzanego. Chłopi-krawcy robili tylko kamiziele. Krawiec szył zawsze w domu tego, który dawał robotę, z materiału dostarczanego; materiału nie wydawali z domu, bo bali się, że krawiec może coś ukraść. Jak zaczął robić w jakimś domu, to już zwyczajnie dla wszystkich domowników. Później dopiero zaczęli Żydzi robić żupany i sukmany u siebie w domu na zmowę lub sprzedawali gotowe. Upowszechniały się wtedy żupany brunatne, grubsze.

Przez cały czas za najlepszego krawca uchodził Żyd Siaja. Robił dobrze i zgrabnie, najwięcej gospodyniom i dziewkom, i wzywali go wszędzie do roboty. Ale gdy szył, zawsze musiał ktoś siedzieć przy nim i zabawiać go niby rozmową, a uważać, żeby materiału gdzieś nie ukrył i nie ukradł. Wiedział on, że go pilnują, ale się tym nie obrażał. A gdy po robocie odchodził, to mu nawet dobrze kieszenie rewidowali, czy nie zabiera kawałka sukna, kożucha, sznurka czy nici, gdy zaś coś skradzionego znaleźli, to mówił: „Ja bym go nie wziął, tylko mam trochę smołę w rękach, że mi wszystko przywrze”. Nazywali go też powszechnie „Siaja-złodziej”. Od futra zarabiał 5 złr, a co do wiktu, to jadł pieczone ziemniaki, mleko prosto od krowy, chleb, bo starał się żyć koszernie. Po nim także synowie zajmowali się krawiectwem.

Z chłopów najlepszym krawcem był Gronek z Miechocina, który robił najzgrabniej kamiziele. Brał około 50 centów od kamizieli i wikt. Bieliznę odświętną, tj. koszule i portki, szyły szwaczki, których nie brak było po wsiach, zaś bieliznę grubszą na co dzień szyły same gospodynie w domu.

Kuśnierstwem trudnili się Żydzi, ale tylko naprawiali stare kożuchy. Mianowicie przez lato skupowali stare kożuchy i łatali je u siebie, a pod zimę wynosili na miasto i sprzedawali. Kupowali po reńskiemu, po dwa reńskie, sprzedawali poprawione po pięć, sześć reńskich.

Stary kożuch był zwyczajnie zawszony, bo zwłaszcza każdy parobek czy pastuch w tym samym chodził i spał, więc Żyd, kupując taki kożuch, pytał zwykle: „Ile chcecie za tego wszorza”, a przy tym potrząsał nim i trzepał przy gospodarzu. Na to gospodarz odpowiadał „Masz czas, to go wyiskasz” i starał się z ceny nic nie spuszczać.

Rzadziej się praktykowało, że starego kożucha nie sprzedawali, ale dawali po kuśnierzowi do reperacji albo kuśnierza wzywali do siebie do domu i zostawali przy swoim kożuchu. Kuśnierze naprawiali też sukmany, żupany; kamiziele poprawiane były w domu przez kobiety. Odzież była nieraz bardzo połatana, łata na łacie — w tym chodzili, aż się zupełnie zdarła, a do nowego się nie brali.

Nowe gotowe kożuchy, męskie i kobiece, białe i żółte sprowadzane były i dotąd są sprowadzane przez Żydów z Sącza. Duży kożuch kosztował najdrożej 15 złr.