*
W niektórych wsiach lasowskich, jak w Krzątce, Dęby, istniały maziarnie, prowadzone przez chłopów. Kopali oni tam pniaki sosnowe i, oczyszczone z ziemi, rąbali na drobne kawałki, następnie zaś układali w piecach okrągłych, zbudowanych z gliny, i prażyli przez 3–6 dni. W ten sposób z tych smolnych szczap otrzymywali maź, czyli smołę i dziegieć123, nadto węgiel kowalski. Maź i dziegieć sprzedawali hurtownie innym chłopom, którzy rozwozili ten towar po wsiach i prowadzili nim drobną sprzedaż. Maź używana była do smarowania ówczesnych wozów o drewnianych osiach, dziegieć służył jako lekarstwo, np. przeciw katarowi. Węgiel i jakieś wynagrodzenie oddawali maziarze do dworu za pniaki, brane z lasu. Węgiel ten używany był przez kowali, podobnie jak dzisiaj koks. Obecnie nie ma śladu po maziarniach, a zaczęły one upadać wtedy, gdy znikły wozy drewniane, a następowały kute.
*
Miśkarze byli zawsze wędrowni. Chodzili po wsiach począwszy od świąt wielkanocnych przez całe lato. Najwięcej zaś z wiosny. Miśkowali, tj. kastrowali oni knury, ogiery, buhaje, a także świnie-samory, które miały być karmione na opas. Misili stare samory, które miały już niejedne prosięta, a było to połączone z wielkim kalectwem zwierzęcia i po takiej operacji nieraz świnie zdychały. Dziś samor się nie misi, a pasą się dobrze.
Miśkarze tacy szli od wsi do wsi, od dworu do dworu i wołali donośnym głosem: „Miśkować, miśkować!”. Mieli na sobie torbę, a w niej swoje przybory: nóż, igłę, nici. Przychodzili oni z Czech i dobrze na swoim rzemiośle zarabiali, odsyłając dużo pieniędzy do domów. Zwyczajnie ci sami miśkarze zachodzili co rok do tych samych miejscowości i powierzano im nowe zwierzęta do kastrowania, gdy kastrowane poprzednio chowały się dobrze, natomiast miśkarz, po którym zwierzę zdechło, tracił wpływ na wsi.
Mniej więcej koło roku 1890 miśkarze przestali chodzić po wsiach; dziś w każdej wsi znajdzie się taki, co potrafi dobrze wyczyścić, zwłaszcza małe knurki.
Rzeźników, stale tą robotą zatrudnionych, nie było, znaleźli się tylko w każdej wsi tacy, co potrafili zakłuć świnię lub zarznąć krowę na wesele.
Ratowaniem i leczeniem krów i koni zajmowali się tak chłopi, jak kobiety, a niektórzy byli z tego mniej lub więcej w okolicy znani.
*
Dużo po wsiach chodziło druciarzy. Nie była prawie dnia, żeby który przez wieś nie przeszedł, podczas gdy teraz rzadko się ich spotyka. Drutowali oni garnki, robili łapki na myszy i szczury, potem siatki druciane do młynków zbożowych itp. Zarobek był lichy, toteż żyli przy tym z żebraniny, bo gdzie drutowali, tam zwyczajnie — prócz paru centów — dostawali coś jedzenia, a gdzie zatrzymali się na nocleg, tam zwykle dawano im kolację. Byli to górale od Zakopanego, Szczawnicy. Mówili, że u nich bieda, że nie ma chleba, jednak nigdy nie zatrzymywali się w nizinach stale, ale do gór wracali. Byli licho odziani: w guni124, spodniach opiętych, kapeluszu filcowym, chodakach, mieli drut i torbę przewieszone przez ramię, a gdzie przechodzili, rozlegał się ich głos: „Garnki drutować!”