Gdyśmy przyszli na muzykę, kolega mój, jako starszy, brał się do tańca, ja zaś przyglądałem się zabawie, stojąc w kącie, przy piecu, gdzie tłoczyła się gromada chłopaków, poszturchując się i zawadzając tańczącym. Nagle, jak jastrząb, wpadł z harapem151 w tę gromadę Szrajber: chłopaki rzucili się ku drzwiom, tylko ja, nie poczuwając się do winy, nie uciekałem.
Wtedy Szrajber ściągnął mnie harapem przez cienką kamizelę tak, że potem przez kilka dni miałem pręgę na plecach i dobrze to czułem. Już też odeszła mnie ochota od zabawy i wróciłem zaraz do koni, a parobek sąsiadów bawił się aż do rana.
*
Najważniejszą jednak rozrywkę w życiu chłopskim stanowiły wesela. Obfitowały one w przeróżne ceremonie i zabawy, które dziś w przeważnej części z życia ustąpiły.
Co do ożenku, nie było dawniej żadnego przebierania: parobczak był w każdym domu z chęcią przyjmowany — czy to był komornik, zagrodnik lub syn kmiecy, aby miał tylko ręce do roboty. Nawet kmieć mający jedynaczkę przyjmował za zięcia komornika, powiadając mu przy tym: „Jak będziesz pracował, to twoje — grunt, budynki i wszystko, co Pan Bóg dał”. Głównie chodziło o to, żeby pracować.
Jak dziewczyna wychodziła za gruntowego parobczaka, to matka tegoż zachwalała przyszłe życie swojej mianowanej synowej zwyczajnie w ten sposób: „Nie turbuj152 się, moje dziecko, nie będziesz miała u mnie źle, roboty nie będzie ci brakować; mam co prząść, co mleć, tłuc; jest parę bydląt, świń, — będziesz miała koło czego chodzić, żebyś mogła tylko wszystkiej robocie dać radę”.
A znów matka dziewczyny, chwaląc ją, mówiła: „Nie będziecie-ta, swatowo, z mojej córki mieć krzywdy, ona tam darmo rąk nie położy, będzie kontenta153, że będzie miała co robić; a do tego nie przyjdzie do was goła, ma parę wdziewków, smat, ze dwa roki nie potrzebujecie jej okrywać; dostanie też ze dwie krowy i co tam Pan Bóg ma przy domu, to się jej nie będzie żałowało”.
Nie było tam mowy o gruncie, zapisach, pieniądzach. Na przykład dziadkowie moi wydali młodszą córkę, a mojej matki siostrę, na gospodarstwo osiemnastomorgowe i zawsze mówili, że dobrze ją wywianowali, bo dali jej dwie krowy, kobyłę i konia, parę świń, dobrą przyodziew, czyli chusty, pościel, skrzynię, beczki na zboże, a później pomagali jej i dodawali, co brakowało, po parę reńskich i zboża na przednówku. Nawet przy śmierci przypominali mi, że się jej już nic nie należy, bo została dobrze wywianowana. Nikt wtenczas nie słyszał, żeby wianować gruntem. W ogóle całe wiano było z obory, do tego też odnosiła się śpiewka:
Dopiero cię, moja matko, głowa zaboli,
Jak ty będziesz wydawała wiano z obory.