A przecież te dziwne przepowiednie spełniły się, bo dziś powiat tarnobrzeski, jak i inne, poprzecinany jest pięknymi drogami kamiennymi, tj. szutrowanymi150, i pamięć o dawnych kiepskich drogach ginie. I wstęp do lasu dziś niedozwolony, podobnie jak do ogrodu, a drzewa nieraz nawet za drogie pieniądze nie można dostać, bo co lepsze wysyła się za granicę.
Mówili też, że przyjdzie na świecie do wielkiej wojny i ludzie tak wyginą, że człowiek człowieka o siedem mil będzie szukał i będzie się cieszył, jak się jeden z drugim spotka. A zacznie się ta wojna od małego państwa i mały dużego pobije, co tak pewnie trzeba rozumieć, że mniej liczne narody, ciemiężone przez wielkie mocarstwa, w tej wojnie głowę podniosą, uwolnią się z przemocy i przyjdą do znaczenia. To teraz zdaje się sprawdzać.
Mieli też różne przysłowia, którymi posługiwali się w stosownych okolicznościach i które wyrażały ich sposób myślenia. Było na przykład przysłowie: „Na miejscu kamień obrasta”, co tak rozumieli, że gospodarz czy sługa wtedy się czegoś dorabia i do czegoś dochodzi, gdy siedzi w jednym miejscu i pracuje, a nie przenosi się z miejsca na miejsce. Mówili też: „Dlategoś głupi, bo cię bieda łupi”, to znaczy, kto ma majątek, uchodzi za mądrego, a biedaka, choćby był mądry, w głupiego obracają. Wyrażali to także w przysłowiu: „Biednemu zawsze wiatr w oczy wieje”. Było również przysłowie: „Zatykaj okna gnojem, a jedz chleb ze spokojem”, tj. nie rób wielkich wydatków i długów, ale poprzestaj na tym, co masz i nie narażaj się na niepewną przyszłość. Na wyrażenie zaś myśli, że każdej sprawy należy przypilnować i wszystko robić w stosownym czasie, mieli przysłowie: „Wtedy na grzyby chodzą, jak się rodzą”. O takim, co mówił, że ma dużo do roboty, a owoców tej pracy nie było widać, mówili: „Ma dużo prać, a mało wieszać”. O takim zaś, co był do roboty niezdatny, „do niczego”, mówili: „Można się nim podeprzeć jak dziad złamaną pałą”. Używali też przysłowia: „Mądry głupiemu ustąpi” i na poparcie tego zdania mieli taką gadkę:
Zjechały się raz na drodze z dwóch przeciwnych stron dwie królowe i jedna drugiej zjechać z drogi nie chciała, żeby nie okazać się niższą w godności. Więc stały w miejscu i pisały do mężów, co mają robić. Mężowie odpisali, że która mądrzejsza, ta pierwsza ustąpi. Gdy królowe otrzymały takie odpowiedzi, każda chciała okazać się mądrzejsza i na bok zjechać, więc musieli dopiero przybyć miernicy i wymierzyć na cal, żeby jedna więcej nie ustąpiła niż druga.
*
Co do zabaw, to dawniej bawili się więcej niż dzisiaj. Prawie nie było ani jednej niedzieli lub święta, żeby nie było „muzyki”, czyli zabawy w Tarnobrzegu, a najsłynniejsze były u Sruły, na ul. Browarnej, i u Szrajbra, na ul. Mokrzyszowskiej. Grali sami Żydzi w swoich domach, poczynając niedługo z południa, czasem przez całą noc aż do rana. Płaciło się za każdy taniec, przy czym ten więcej tańców płacił, kto miał więcej pieniędzy, lub szło to koleją: raz płacił ten, drugi raz inny. Taniec kosztował dziesięć centów, a grali go najwięcej dwadzieścia minut.
Na granie schodzili się ludzie wsiowi z Dzikowa, Miechocina, a także z innych pobliskich wiosek, nadto mieszczanie tarnobrzescy i sługi dworskie. W tańcach brali udział najwięcej młodzi parobczaki i dziewczęta, ale nie brak było i starszych, żonatych, a słuchaczów i przyglądających się bywały takie gromady, że aż ciasno było w izbie i przed domem. Bo też tam było co widzieć i słyszeć, między tańcującymi bowiem nie brak było zuchów, wystawiających się jeden nad drugiego różnymi śpiewkami i żartami; z tych dosyć było nieprzyzwoitych i niemoralnych, które by dzisiaj nie uzyskały pochwały, a w owych czasach uchodziły za stosowne i przyczyniały się do większej zabawy i rozweselenia uczestników.
Grajek, czyli „muzykant”, musiał grać tak, jak tańcujący zaśpiewał. Nieraz muzykant nie mogąc wygrać nuty, wił się jak wąż i nierzadko się trafiało, że spadał mu za to bat na plecy, a nawet nie było zabawy, żeby muzykanci coś nie oberwali, czasem i dobrze. Ale nie było o to żadnej skargi, bo była taka zasada, że „kiedyś się podjął, to graj, jak ci każą, bo ci za to płacę, a jak nie umiesz, to się do tego nie bierz”.
W domu, gdzie w niedzielę i święto grała muzyka, całym gospodarzem był Żyd: zapobiegał większym nieporządkom między zgromadzonymi, wypędzał chłopaków, jeśli zanadto tłoczyli się w izbie.
Raz spotkała mnie na takiej muzyce niemiła przygoda. Gdym był wyrostkiem, pociągnął mnie raz na muzykę służący od sąsiada, starszy ode mnie. A nietrudno mi było wymknąć się na zabawę, jeździłem bowiem z końmi na nocną paszę, więc można było konie na pastwisku dobrze spętać i wybiec do miasta. Wyjeżdżając wtedy, wziąłem czystą kamizelę pod starą sukmanę, jak mi doradził ów służący.