Każdy drużba zaopatrzony był w harap kozacki, którego rzemienie umocowane były zwyczajnie na nóżce sarniej. Harap ten miał zawieszony na rzemyku u prawej ręki i nie rozstawał się z nim w ciągu całego wesela.

Najmniejsze wesele było, jak jechało dwadzieścia wozów, na większym było czterdzieści. Zaszczytem było dla gospodarza, jeśli na ślub zjechało się jak najwięcej wozów. Od ślubu powracali tym samym porządkiem. Grajkowie grali przez całą drogę do ślubu i od ślubu.

Fury jechały wartko, kto miał lepsze konie, starał się drugich wymijać. Przy tym mijaniu się, a także na skrętach, bywały wypadki, że fury się wywracały i niejeden tracił przy tym życie lub nabawiał się kalectwa.

Konie, którymi często jeżdżono na wesela, przyzwyczajały się do tej szybkiej jazdy. Jak tylko zaczęli śpiewać, muzyka zagrała, z batów strzelili i rózgą zaczęli wywijać, one już nie mogły dostać w miejscu, stroiły się do biegu, drugie tyle ich przyrastało, a gdy ruszyły, to szły równo z wiatrem, bez względu na drogę, czy był piach, czy błoto, góra, czy skręt. Tak szły jednym cięgiem do ślubu i od ślubu. Odetchnęły tylko tyle, co pod kościołem, gdy ślub się odbywał.

Bywały konie „weselne” strojne, sławne z tego, że dobrze szły na weselach. Gospodarza takich koni prosili chętnie na wesela, na takim wozie jechała panna młoda, której gospodyni ustępowała miejsca i przesiadała się na inny wóz. Albo też konie takie do ślubu wypożyczali lub wynajmowali.

Trafiały się też konie znarowione, takie że w zwyczajnym wozie ciągnąć nie chciały, ale gdy furman udał wesele, zaśpiewał, z bata wystrzelił, czapkę niby rózgę do góry podniósł, to konie takie ruszyły z najcięższą furą i szły do wycwału jak w czasie jazdy weselnej.

Najwyższym dostojnikiem wesela był starszy starosta i starsza starościna, a dalej starszy drużba i starsza druhna. Zresztą wszyscy żonaci nazywali się starostami, a mężatki starościnami, na wsiach lasowskich zaś swachnami lub swachniczkami i na weselu co do godności byli sobie równi.

*

Całe wesele odbywało się głównie w karczmie. W karczmach ówczesnych były zwyczajnie dwie obszerne izby: jedna, w której w czasie wesela grała muzyka i odbywały się tańce, i druga, zastawiona stołami, gdzie weselnicy jedli i pili. Przekąski podawały starościne, każdego dnia inne; najpierw zwyczajnie starsza starościna, a potem inne z bliższa i z dalsza. Częstowały tym, co z domów przyniosły: plackiem, kiełbasą w zapusty, serem w lecie. Placek ten i coś do placka, pokrajane, brały w zapaskę155, roznosiły między gośćmi weselnymi. Traktowały wszystkich obecnych, nie pomijając i muzykantów. Trunki, wódkę i piwo podawał tu karczmarz, a płacili za nie starostowie, każdy po kolei raczył trunkiem wszystkich za stołami. Gospodarz wesela nic w karczmie nie podawał, tu goście go częstowali, jeżeli się na muzyce pokazał. Podejmował on zaproszonych tylko w swoim domu.

Pierwszego dnia dopiero koło godziny dziesiątej wieczór panna młoda spraszała gości na gospodę, tj. do swego domu na obiad, gdzie wszyscy szli z grajkami, a po obiedzie powracali do Żyda i bawili się do rana.