Na drugi dzień starosta i drużbowie obchodzili z grajkami do domu każdego, kto był na ślubie, i spraszali na śniadanie na gospodę, przy czym w każdym domu byli przyjmowani poczęstunkiem. Po tym śniadaniu, które wypadało nieraz w południe, szli znowu wszyscy do Żyda i bawili się tam dalej prawie do północy, a potem przychodzili znowu na obiad na tak zwaną gospodę.

Jednym słowem, goście bawili się u gospodarza wesela tylko tyle, co schodzili się na obiad późnym wieczorem i na śniadanie koło południa, a resztę czasu spędzali na zabawach w karczmie. Każde prawie wesele zaczynało się w niedzielę wieczór wspomnianymi rózgowinami i ślubem w poniedziałek rano, a ciągnęło się do piątku.

Ponieważ dużo było sproszonych, więc tak w karczmie, jak i na gospodzie panował zwyczajnie wielki natłok. W tańcu nigdy ochotnych nie brakło, co się jedni zmęczyli, to drudzy następowali. Najnieszczęśliwszy był skrzypek, bo musiał grać prawie bez przerwy, każdy mu śpiewał inaczej, a on musiał wygrać. A gdy się czasem w czasie grania zdrzemnął, to go któryś z drużbów batem przez plecy ściągnął tak, że mu się na całe wesele spać odechciało.

Tańcami i w ogóle weselem kierował starosta, on rozkazywał, a każdy go słuchał. Drużba, skoro przyszedł z rana i chciał tańcować, musiał wpierw iść do starosty, pokłonić się mu i poprosić o pozwolenie, a do tańca zdjąć sukmanę czy kamizielę. Taki był przepis i nikt nie mógł się spod tego wyłamać.

Na gospodzie z powodu ciżby goście nie siedzieli, ale przeważnie stali, ale i tak jeszcze nie mogli pomieścić się w domu i dużo stało na dworze pod ścianami, koło płotów itd. Gospodarz musiał wszystkich obchodzić, częstując ich wódką lub piwem, a za nim szła gospodyni, obnosząc chleb i ser pokrajany na przetaku. Takim poczęstunkiem gość był już mniej więcej zadowolony, zwłaszcza gdy widział dobrą chęć gospodarza, ale gorzej było, gdy wystał się pół dnia i nic nie zjadł i nie wypił, bo w natłoku gospodarz go nie zauważył, a sam nie śmiał się o poczęstunek upomnieć. W ciżbie tej jedni byli za dużo częstowani, a inny wracał do domu o głodzie, złoszcząc się, „że go na wesele zaprosili, a nawet nie widzieli”.

*

Na wesele była zawsze zarzynana krowa, a czasem dwie, ale kupowali na to najczęściej krowę starą i chudą albo z jakąś wadą, np. przebodzioną, kulawą, która dla Żyda się nie nadawała, więc na mięso z niej trzeba było dobre mieć zęby. Był też zwyczaj, że starościny, pochodzące z bliższa, prócz tego, co składały z rzeczy spożywczych pannie młodej w darze przed ślubem, w ostatnie dni wesela znosiły na gospodę placki, nabiał, wódkę, nawet żywy drób, który zaraz był zarzynany i gotowany, a to wszystko było „na poprawę wesela” i „żeby oddać to, co się na weselu zjadło i wypiło”. Każda starościna tym częstowała, co z sobą przyniosła.

W kilka lat po ożenieniu byłem z żoną na weselu na lasach, w Tarnowskiej Woli, oddalonej o trzy mile od Dzikowa. Żenił się tam u Rębisza nasz sąsiad. Gości przyjmowali plackiem z razówki, nabiałem i wódką. Mnie z żoną przyjmowali osobno, podali nam rosół i mięso. Słyszałem więc, jak inni szeptali do siebie z tego powodu: „Będzie Rębisz to wesele pamiętał, bo gości ma z Dzikowa i mięso dla nich umyślnie kupował”. A Rębisz nie liczył się z tym, że ma wydatki, cieszył się, że sprawił duże wesele, że ma z dala gości i śpiewał skrzypkom do tańca:

Niech się gro, niech się tońcy,

Niech się razem bida końcy.