Przy końcu wesela, po ostatnim obiedzie, odbywały się czepiny, które trwały nieraz całą noc. Zaczepiała pannę młodą starsza starościna w czapkę przez siebie sprawioną. Czepiny były połączone z mnóstwem ceremonii, a całemu temu obrzędowi towarzyszyły śpiewy, z których niektóre kobiety słynęły.
Śpiewek weselnych było bardzo dużo na przeróżne melodie. Mężczyźni śpiewali w tańcu przed skrzypkami, kobiety zaś przy obrzędach, na rózgowinach, czyli przy wicu rózgi, przy rozplecinach, czyli przed wyjazdem do ślubu, i przy czepinach. Niektóre z tych śpiewek obrzędowych były bardzo rzewne i wzruszały słuchaczy do płaczu, a były śpiewane przy wtórze skrzypka.
Każdy, kto był na weselu, musiał stracić gotówką najmniej dziesięć reńskich i to przeważnie na trunki w karczmie, częstując według zwyczaju wszystkich obecnych na zabawie i nawzajem przez nich częstowany. Uchodziło to za rzecz niehonorową, gdyby ktoś swojej kolejki nie zapłacił i drugich przy częstowaniu pominął, mówili o nim, że „od drugich by pił, a swego nie da”. Na zabawy więc, wesela i chrzciny były wówczas wydatki największe, zwłaszcza gdy gospodarzowi trafiło się kilka razy do roku być na takiej zabawie w swojej lub obcej wsi.
We czwartek późno w noc kończyło się granie i wesele. Ale jeszcze w piątek, a czasem jeszcze w sobotę odbywały się tak zwane poprawiny, goście schodzili się na gospodę, robili składki na wódkę lub piwo, popijali i pogadywali, jak zwykle przy kieliszku.
Była gadka o gospodarzu, który, wyjeżdżając na wesele na drugą wieś, starał się swój inwentarz żywy aż do swego powrotu jako tako zabezpieczyć. Więc krowę dał do sąsiada, żeby była dojona i mleka nie straciła, cielęciu zadał w stajni karmy do żłobu i za drabinkę, wieprzkowi w chlewiku do korytka, a dla drobiu posypał ziarna na oborze. Ale cielę wnet miało pusto w żłobie i za drabinką, bo wiele paszy ściągnęło pod nogi i zdeptało, wieprzek też dużo z korytka wywalił i zmizerował, a ziarno rozsypane dla drobiu wyzbierały w znacznej części inne „gady”. Więc powstał głód w oborze, nie uczuwały go jedynie gęsi, bo mogły skubać trawę na dziedzińcu, i kaczki, bo miały wodę w pobliżu. Zaczęła się tedy taka rozmowa wśród tej opuszczonej żywizny:
Cielę beczało żałośnie: „Dokąd to wesele be-e-dzie”, a gąsior odzywał się na to: „Tydzień, tydzień, tydzień!”.
Wieprzek pomrukiwał z cicha: „Zdechnę już, zdechnę już”, na to kaczor, pływając po wodzie, odpowiadał: „Dobrze ci tak, dobrze ci tak”.
Indyczka, chodząc koło ścian, labidziła: „Oj, bida, bida, bida, bida, bida”, a indyk bulkotał ze złością: „Diabli by tu wysiedzieli”.
Jeżeli panna młoda była z innej wsi, to nazajutrz po zaczepieniu jej, tj. we czwartek, odbywały się przenosiny jej do domu pana młodego. Przy tych przenosinach każdy z uczestników wesela starał się coś zabrać (porwać) rodzicom panny młodej na nowe gospodarstwo: brali międlice156, przęślice157, obrazy, różne sprzęty, bułki chleba itd. i każdy następnie, jadąc na furze, trzymał, co zabrał, i przekazywał się tym.
Na weselu Tracza z Dzikowa, gdy panna młoda pochodząca z Nagnajowa przenosiła się na gospodarstwo pana młodego, fury towarzyszące jej zajęły w Dzikowie całą ulicę Połać.