Z weselami łączyły się niekiedy brzydkie zwyczaje. Na wesela brali np. z sobą dzieci, zwłaszcza gdy wesele było u krewnego, a dzieci nie było przy kim zostawić. Prowadzili je na gospodę i do karczmy i dawali im, co było na stole, nawet wódkę. Pamiętała też o nich kucharka i gospodyni i dawała, co zostało ze stołu, ale przedtem musiały pouklękać i mówić pacierz. Czasem cisnęło się na wesele więcej dzieci niż starszych, bo zbiegały się i obce, których rodzice nie byli proszeni. Była to plaga dla gospodarza: dzieci, wygnane z izby, kręciły się w sieni albo przed domem; nie można się było z nimi ugnać. Czasem któryś starosta odpasał pasa, przetrzepał je i odpłoszył, ale znowu się cisnęły jak wróble zimą do stodoły. Nie podobało się to już wtedy ludziom rozważniejszym.
Byłem raz na weselu w Suchorzewie, gdzie mnie sadowili na pierwszym miejscu i starali się dobrze uraczyć. Kucharka podała mi flaki, ale przy tym upominała: „A miejcie się na baczności, żeby wam kto miski nie odebrał”. Ledwie jednak miskę przede mną postawiła, już ktoś z tyłu stojący porwał to dla siebie. Więc przyniosła mi drugą miskę i znowu mnie upomniała, żebym się przed drugimi pilnował. Tymczasem gdy ona nieco się ze mną zakramarzyła, objaśniając mnie o panującym tam zwyczaju, że jedni drugim jadło porywają, inni wykradli jej z kuchni cały kocioł z flakami i tak się ukryli, że dopiero nazajutrz rano znaleziono kocioł za stodołą, zupełnie wypróżniony.
Dobrą opinię miały zawsze wesela w Machowie, że ludzie bawili się tam spokojnie, bez bitek, grzecznie się z sobą obchodzili, starszyzna miała posłuch.
Najwięcej słynęli tam gospodarze Wojciech Żak i Grzegorz Stec. Gdy przychodziły czepiny i oni występowali, to zbierała się cała wieś, starsi i młodsi, jak na teatr, tłoczyli się przez drzwi i okna, żeby się napatrzeć rozmaitym figlom i nasłuchać przeróżnych żartów, które rozgrywały się przez kilka godzin i całą noc.
Ujemną stroną dawnych wesel było też to, że trwały zbyt długo, przez co gospodarstwo było zaniedbywane i że odbywały się po karczmach wśród pijatyki, na czym Żydzi w owych czasach dobrze zarabiali i bogacili się.
Nie brak jednak było w dawniejszych weselach obrzędów i zwyczajów prawdziwie ładnych, narodowych, ludzie się nabawili, nacieszyli, nagadali. Szkoda, że to wszystko obecnie zatracone, a zachowała się w całości jedynie rzecz zła, tj. pijatyka. Toteż teraźniejsze wesela są mniej ciekawe i mniej na nich się bawią niż na dawnych i w ogóle po wsiach daje się uczuwać brak dobrych i godziwych zabaw, i ludność czas wolny od pracy spędza w gnuśności lub przesiaduje po karczmach.
*
Na weselach grywali zawsze muzykanci chłopscy, a tylko na zabawach niedzielnych w mieście grywali Żydzi. Muzyka chłopska wówczas składała się z dwojga skrzypiec, z basów i bębna, przy czym buczenie basów i odgłos bębna wybijał się najwięcej i z dala już dawał się słyszeć. Dopiero później do tego dołączył się klarnet i flet i w tańcu lepiej podcinał.
Takie muzyki były po niektórych wsiach okolicznych, a najlepsza przez długi czas utrzymywała się w Ocicach. Muzykanci grali zawsze tak, jak kto zaśpiewał. Za granie na weselu płacił im pan młody, czasem tylko któryś starosta lub drużba z własnej ochoty rzucał do basów coś grajcarów i sobie grać kazał.
Pierwsza nowoczesna kapela muzyczna w powiecie powstała w r. 1881 w Miechocinie, a wykształcił ją tamtejszy nauczyciel Wojciech Skowroński z młodzieży szkolnej. Kapela ta składała się z dziesięciu chłopców, grających z nut, i utrzymywała się przez lat dziesięć, dopóki muzykanci nie rozproszyli się po kraju z powodu służby wojskowej i zajęć zawodowych.